niedziela, 24 grudnia 2006

Świątecznie

Tradycyjnie jak co roku

sypią się życzenia wokół,

większość życzy świąt obfitych

i prezentów znakomitych,

a ja życzę, moi mili,

byście święta te spędzili

tak jak każdy sobie marzy.

Może cicho bez hałasu

idąc na spacer gdzieś do lasu,

może w gronie swoich bliskich

jedząc karpia z jednej miski,

może gdzieś tam w ciepłym kraju

czując się jak Adam w raju,

może lepiąc gdzieś bałwana,

jeśli śniegu napada.

Życzę Wam nadziei,

własnego skrawka nieba,

zadumy nad płomieniem świecy,

filiżanki dobrej, pachnącej kawy,

piękna poezji, muzyki,

pogodnych świąt zimowych,

odpoczynku, zwolnienia oddechu,

nabrania dystansu do tego co wokół,

chwil roziskrzonych kolędą,

śmiechem i wspomnieniami.

Wesołych Świąt!

piątek, 22 grudnia 2006

Coraz bliżej święta.

Szkoda tylko, że ja ich nie czuje, ale chyba nie jestem sama w tych moich odczuciach. Co prawda dziś jest piątek i do świąt tylko jeszcze dwa dni. Ale gdzie podziała się ta moja radość i niecierpliwość z dzieciństwa. Już jakiś czas temu to wszystko pękło jak bańka mydlana i nie chce powrócić. Może jak pojawi się choinka i prezenty pod nią to jakoś to poczuje. Na razie zaczęłam się ratować piosenkami świątecznymi by, chociaż trochę nadać klimatu. No dobra skłamałam z tym, że w ogóle nie czuje świąt, bo poczułam je pierwszy raz, gdy moja rodzicielka kazała mi umyć wszystkie okna w domu a potem miałam zmienić pościel i w ogólnych bólach i lamentach wkładałam mojego Kubusia do prania. Do tego jestem straszna zołza, bo nie chce zdradzić moje połowie, co dostanie od gwiazdora. No niestety nie wygadam się nawet na blogu, chociaż wiem, że ostatnio tu, nie zagląda, ale wole chuchać na zimne, bo znając moje szczęście dziś na pewno by to czytał. Ja ma nad nim tę przewagę, że wiem, co dostane, chociaż i tak z pewnością będzie to dla mnie zaskoczenie przynajmniej postaram się to rewelacyjnie udawać, przynajmniej będzie śmiesznie. Tak poza tym moje kochanie mnie, dziś odwiedziło. Zainstalował neostradę i dzięki niemu teraz mogę sobie latać po całym domku z laptopem, bo mam już bezprzewodowa sieć. Kochanie jesteś wielki. Do tego jeszcze dostałam jeszcze piękną róże tak bez okazji i byłam miło zaskoczona, bo nie sądziłam, że z mojego mężczyzny aż taki romantyk. Ja to jednam jestem szczęściarą, że go mam. Teraz lecę już spać, bo cały dzionek sprzątałam a jutro ciąg dalszy porządków.

środa, 20 grudnia 2006

No to proszę państwa szampana czas nalać.

Udało się. Odniosłam podwójny sukces. Już nie musze się martwić o termin poprawki z geografii. Zdałam i to całkiem przyzwoicie, chociaż zawsze jest niedosyt tym bardziej ze mam świadomość, że zabrakł mi jeden punk, ale w końcu 4+ to piękna ocena. To jestem jeden egzamin do przodu jak się cieszę. Oby wszystko inne poszło tak dobrze to byłabym szczęśliwa. W domu już dostawali ze mną na głowę, bo jestem straszna panikara i oczywiście na tydzień nad moim domostwem zawisły czarne chmury, bo twardo twierdziłam, że nie zdam. Ale teraz znów nastaną dni błogości i spokoju. Względnego spokoju oczywiście do sesji. Angielski też poszedł mi dobrze dostałam, 5 dlatego też po prostu żyć nie umierać. Po tych wspaniałych nowinach wybrałam się na ostatnie zakupy przedświąteczne. Z faktu tego, iż dopisywał mi niezły humorek bardzo szybko wybrałam sobie prezencik świąteczny, z którego będę bardzo zadowolona w niedziele jak go dostane. I będę mogła mojej drugiej połowie powiedzieć, że ma niezły gust i potrafi wstrzelić się w moje upodobania hehehe. Wieczorkiem przyjechało do mnie moje kochanie i przywiozło szampana. Jakie to było dla mnie zaskoczenie, bo co prawda zażartowałam sobie rozmawiając z nim przez telefon, że teraz to możemy oblewać i proszę mówisz i masz. Dlatego też z moimi rodzicielami opiliśmy mój mały sukces. Kochanie ty to naprawdę potrafisz mnie mile zaskoczyć i za to cię kocham. Potem spędziliśmy miło wieczór i nadeszła pora spania, bo jakby na to nie patrzyć raniusio musiałam wstać i wybrać się na moją „Akademie”.

poniedziałek, 18 grudnia 2006

Po szalonym weekendzie czas na odpoczynek.

To mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że się trochę wyszalałam. Chociaż szybko to się skończyło a szkoda. W sumie odwiedziłam dwie imprezy. Na imprezie numer jeden (czyt. 18-nastka) było beznadziejnie no, ale cóż taki urok imprezy. Pełno lasek prawie roznegliżowanych, które za wszelka cena chciały chyba złapać chłopaka. Ja nie lubię tego typu dziewczyn, które wręcz wpychają się facetą w ramiona a potem będą tego żałować. Muzyka też mi nie odpowiadała, ale to nie ja ją wybierałam, w końcu taki urok klubu, w którym próbowaliśmy się bawić. Już nie będę mówić o innych atrakcjach lokalu, bo do dziś jestem tym zniesmaczona. Na szczęście potem przenieśliśmy się na imprezę numer dwa i tam już było normalnie. Normalna muzyka, normalni ludzie szkoda tylko, że lokal taki malutki był, bo jak większa ilość osób wyległa na parkiet to trochę tłoczno nam się robiło. Ale atmosfera naprawiała fakt ścisku. Wszyscy się tam świetnie bawili. W końcu poczułam bluesa i zapomniałam się w zabawie. Uwielbiam takie momenty, kiedy mogę rozładować swoje emocje i energię w tańcu. Jednak wszystko, co dobre szybko się kończy, dlatego też musieliśmy w końcu wrócić do domku by się przespać i na następny dzień wracać do prawdziwych domków. Dodam, że nie ma to jak spać na bardzo wąskim łóżku jednoosobowym we dwoje w każdym razie jest bardzo romantycznie, bo trzeba się do siebie mocno przytulić hehehe. Jednak minusy zaistniałej sytuacji dostrzegalne były dopiero rano, kiedy dopadło nas ogólne zmęczenie wynikające z niewyspania. Jednakże weekend zaliczam do udanych. Na koniec dodam, że nie ma to jak własne łóżko.

sobota, 16 grudnia 2006

Kochać jak to łatwo powiedzieć.

Niektórzy nie widzą problemu by podejść do obcej osoby i powiedzieć kocham cię. Jednak oczywiście to nie jest szczere. Ja musiałam długo myśleć, aby powiedzieć te dwa słowa, zajęło mi to jakieś pół roku. Ale w końcu się zdecydowałam, odważyła i teraz nullwcale tego nie żałuję. Było to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. I to moje szczęście trwa już dokładnie pół roku. Niby to mało, ale dla mnie to już jest jakiś kawałek mego życia. Tym bardziej, że nigdy wcześniej nie byłam tak do końca pewna mych i uczuć i nigdy one tak nie wyglądały. Pierwsze miłostki były takie niedojrzałe opierające się tylko na zauroczeniu. A teraz wiem, że oprócz zauroczenia jest coś więcej, są te magiczne motylki w brzuchu, ta radość z ujrzenia drugiej osoby i zwykłego przytulenia się do niej czy dostania buziaka. Dzisiaj całkiem przypadkiem wypadło, że idziemy na imprezę 18-nastkową powiem, że cóż za zbieg okoliczności, bo dokładnie pół roku temu również bawiliśmy się na 18-nastce. Mam tylko nadzieje, że to nie odwróci się w drugą stronę, ale raczej nie ma ku temu powodu, dlatego też na pewno będziemy się super bawić. Kochanie wiem, że dokucza ci Pawełek, ale naprawdę to jest mało istotna osoba dla mnie, on jest tylko i wyłącznie kolegą z roku. Pamiętaj kocham tylko Ciebie

czwartek, 14 grudnia 2006

Koła, kółka kółeczka.

Dzisiaj odcinek z cyklu, dlaczego odpoczywałam od pisania. Przerwa ta wynikła całkowicie nie z mojej winy. Po prostu niektórzy wykładowcy stwierdzili, że w końcu trzeba nam zrobić jakieś testy, ale jeden to w ogóle przeszedł samego siebie i poinformował nas tydzień wcześniej, że robi nam już egzamin. Pomyślałam wtedy o zgrozo mam tylko tydzień by opanować jakieś 500 stron dwóch książek do tego jakieś eseje, które kazał zakupić i jeszcze wykłady. Stwierdziłam, że to jest nie wykonalne i na wszelki wypadek zaczęliśmy się dopytywać, kiedy jest termin poprawki. Na dodatek w ten sam dzień wypadło nam koło z angielskiego jak ma być tragicznie to zawsze tak będzie. No, ale cóż trzeba było zacisnąć zęby i wziąć się do roboty, bo czas uciekał a ja byłam cały czas w polu i to bardzo daleko. Angielski odszedł na dalszy plan i w sumie poświęciłam mu cale dziesięć minut, ale poczekamy na efekty. Po dwóch dniach czytania Otoka była na wyczerpaniu psychicznym i nerwowym twardo twierdziła, że nic nie umiem, że to jest głupie i w momentach kryzysowych dochodziło do akcji rzucania książką i innymi przedmiotami będącymi w zasięgu mojej łapki. Na szczęście nie było ofiar śmiertelnych. W tych ciężkich dniach dla mnie byłam też bardzo nieprzyjemna dla otoczenia, nie miałam dla niego czasu i za to bardzo chciałabym teraz przeprosić. Obiecuje się poprawić i nadrobić straty. Ojej byłam też pod wrażeniem cierpliwości mojej drugiej polowy, ale dzięki temu wiem, że mogę zawsze na nim polegać. I w sumie tak wyglądał ostatnio mój cały wolny czas. W sumie to go nie miałam, dlatego też nie pisałam. Mam jednak nadzieję, że wszystko będzie dobrze i że jednak poprawka nie będzie potrzebna.

wtorek, 12 grudnia 2006

Czasem słońce a czasem deszcz…

Chociaż sobie obiecałam nie robić przerwy to i tak wyszło jak zawsze inaczej. W sumie przeważnie nic nie wychodzi po mojej myśli. Trochę mi brakowało pisania, ale niestety doby nie da się wydłużyć w żaden znany mi sposób. Naprawdę starałam się, aby dokonał się jakiś cud i np. w jakiś niewyjaśniony sposób godziny elastycznie się rozciągnęły i trawy nie 60 a co najmniej 80 minut. Ale jak widać stanowczo mi się to nie udało. A dużo się działo ostatnio. W telegraficznym skrócie powiem, że było spotkanie integracyjne u koleżanki Hanki, gdzie bawiłyśmy się w kucharki a następnie nasze wyczyny kulinarne oceniała kapituła posiadająca najlepsze kubki smakowe w całym Poznaniu i województwie Wielkopolskim. Oczywiście chodzi o naszych, szanowynych kolegów. Dodam, że nie dostrzegli oni faktu, iż takiej jednej Natalii (czytaj mi) zapomniało się posolić ciasta na pizzę, ale oczywiście nadrobiłam mój błąd rzucając spora ilość na wierzch. Oczywiście samo spotkanie kulinarne poprzedziły szybkie zakupy (najlepsze było bieganie po wielkim sklepie i szukanie malutkich drożdży, ale i to się udało dwóm blondynkom). Najlepszy bym moment samego pieczenia, gdy zaczęły nam wyskakiwać korki i nagle w połowie mieszkania zapanowała totalna ciemność. No niestety nie było, co liczyć na naszych chłopców, którzy zaproponowali, aby pójść do sąsiadów. Na szczęście w końcu obudzili w sobie naturę majsterkowicza i ładnie naprawili wyskakujące korki ( dodam, że musieli to robić kilka razy) i pizza zdołała się upiec. Nie mogło być jednak tak całkiem pięknie, bo koledze Krzyśkowi nie pasowało to, iż pizza była za mało wypieczona, dlatego też znalazła się ona znowu w piekarniku. Wówczas korki przeszły same siebie i wyskoczyły z 5 razy w ciągu 10 minut. Jednak wszystko super wyszło i po posileniu się i napojeniu oddaliśmy się miłej konwersacji. Jest to jedno z nielicznych miłych wydarzeń w ostatnich tygodniach a o tych mniej miłych napisze jutro, bo jak już się zrobiło tak przyjemnie to nie mam ochoty psuć sobie nastroju.

poniedziałek, 27 listopada 2006

Miało być tak pięknie a jest zupełnie inaczej.

Jedyna pozytywna rzecz w dniu dzisiejszym to wyleczone moje uszko. W końcu już jest wszystko w normie i moje troski o mój słuch zostały zażegnane. Niestety nigdy nie może być tak kolorowo, bo jak nie jedno to zawsze coś innego się pojawi. I tak też się stało w moim przypadku. Już od 3 dni narzekam na ból gardła jednak myślałam, że poboli tak jak zawsze i sobie przejdzie. Jednakże jak bardzo się myliłam to przekonałam się dopiero dziś popołudniu jak z mojego nosa zaczęło cieknąć. Dopadł mnie taki katar, że nie nadążam z wyciąganiem chusteczek z pudełka. No, ale cóż nie mam zbytnio czasu na użalanie się nad sobą, bo w końcu jutro koło z geografii a ja za bardzo nie umiem. Tak, tak wiedziałam, że jak odłożę wszystko na ostatnia chwilę to taki przyniesie to efekt. Dzisiaj po prostu nic mi nie wchodzi. Siedziałam ponad godzinkę nad Europą i Afryką i stwierdzam, że nic nie pamiętam. W takim razie nie zostaje mi nic innego jak zaparzyć sobie ciepłej herbatki i skoczyć do łóżeczka by się podkurować na jutro. Chociaż czarno siebie widzę taką zasmarkaną i cokolwiek piszącą. Na szczęście to nie jest na żadne zaliczenie tylko bardziej takie koło orientacyjne dla nas. Jak zwał tak zwał ale pojawić się i napisać trzeba, by nie mieć potem problemów. Co do weekendu to wbrew przewidywanią spędziłam go bardzo sympatycznie. U kuzynek było super. Nawet z młodszą pogadałyśmy sobie tak od serca ( i tak w ogóle Oluta trzymam za ciebie kciuki będzie dobrze). W niedziele było jeszcze sympatyczniej, bo odwiedził mnie mój książę. Ogólnie weekend zaliczam do tych wielu udanych. No cóż pora zejść na ziemie i stawić czoła problemom dnia codziennego. Na razie to uciekam do kąpieli a potem do łóżeczka.

niedziela, 26 listopada 2006

Thank U…

W Takich chwilach ja ta dzisiejsza nie można powiedzieć nic innego jak tylko dziękuję Ci. A jest, za co. Za to, że:

- znosisz mnie każdego dnia,

- wspierasz nawet, gdy jest beznadziejnie,

- jesteś inny niż wszyscy wokół,

- wiesz, czego pragnę,

- potrafisz mnie pocieszać,

- kochasz mnie tak jak ja ciebie,

- potrafisz milczeć razem ze mną,

- nie naciskasz, gdy wiesz, że potrzebuje chwili, by w końcu się przemóc i wygadać,

- motywujesz do działania,

- jesteś moim wsparciem,

- czuję się przy Tobie bezpieczna,

- potrafisz ze mną marzyć,

- nie chcesz mnie zranić,

- nawet, gdy jesteś zmęczony znajdujesz chwilkę by pogadać,

- rozumiesz, że miewam czasem gorszy dzień,

- nie starasz się za wszelką cenę mnie zmienić,

- kochasz mnie bezinteresownie,

- pojawiasz się zawsze wtedy, kiedy Cię potrzebuje,

- na koniec za to, że jesteś.

Tak wymieniać mogłabym bez końca i na pewno jest wiele ważnych niewypowiedzianych myśli. Mam nadzieję, że mimo wszystko ty kochanie to wiesz. Ja z każdym dniem coraz bardziej rozumiem, jaką jestem szczęściarą i nie chce się zamienić z nikim. Jestem po prostu zakochana i każdego ranka to uczucie odkrywam na nowo i za każdym razem jest ono silniejsze i nikt tego nie zmieni. I poza tym mam gdzieś to, co inni znowu powiedzą o tej notce o na po prostu mówi o tym, co czuje i nic na to nie poradzę, że takie uczucie ostatnio w mojej duszy ciągle gra.

piątek, 24 listopada 2006

Piątek, tygodnia koniec i początek…

Oj ciężki czeka mnie ten weekend, bo we wtorek mam koło z geografii politycznej i gospodarczej. Kurcze 5 najlepszych osób dostaje już 4 z egzaminu. Fajnie by było się tam znaleźć. Jednakże ja w cuda ani w garbate aniołki nie wierze. Co prawda mapę w końcu udało mi się dzisiaj skończyć opracowywać ale do wyśpiewania jej to jeszcze daleka droga. Pomoce dydaktyczne już pofrunęły w świat. Nie ma większej przyjemności niż wspieranie innych studentów, bo w sumie nie znam dnia ani godziny, kiedy to ja będę potrzebować takowej pomocy. Dziś miałam kolejny męczący dzień, ale udało mi się zabłysnąć na ćwiczeniach z myśli politycznej, dzięki czemu dostałam plusik i na zaliczeniu mam już za niego jeden punkt gratis. No to już jeden punkt zawsze do przodu. Po ćwiczeniach podążyłam na tramwajek, bo byłam umówiona w Plazie z moim mężczyzną. I w ten oto sposób znów go dziś widziałam ku mojej wielkiej radości. Spędziliśmy sobie milo dwie godzinki w między czasie oddając się męczącym poszukiwaniom okrycia wierzchniego dla obiektu, wyżej wymienionego. Niestety nasze poszukiwania zakończyły się fiaskiem i moje kochanie musi się wybrać na zakupy jeszcze raz. Tak poza tym to do teraz nie rozumiem, dlaczego kochanie nie chciałeś kapucki z cicikiem ( dla niewtajemniczonych to jest moje określenie na ten kożuszek czy futerko przy kurtce) przecież to teraz takie modne hehehe. Jak to zawsze bywa potem nadszedł czas rozstania i moje chłopak pojechał się edukować na uczelnie a ja podążyłam na autobusik i wróciłam sobie do domku, a że pogoda była dziś ładna chętnie pokonałam fragment drogi z przystanku, w czasie oczekiwania na przyjazd mojego taty. Przez to się dotleniłam i poruszałam, w końcu trzeba było po wczorajszym opuszczeniu siłowni. Po południu urządziłam sobie drzemkę, bo ostatnie moje spanie po 3-4 godzinki strasznie mnie wykańcza. I tak miło minął mi dzionek a jutro podążam do kuzynek na imieninki, ale tak mi się nie chce. Jednak imprezy rodzinnej nie wypada opuścić, dlatego też się stawie z zapasem dobrego humoru i nastroju.

czwartek, 23 listopada 2006

Nadszedł czas na refleksje…

Ostatnie 3 dni jak wiadomo nie szczędziły nam emocji. Przez te 3 dni doświadczyliśmy najróżniejszych stanów emocjonalnych począwszy od strachu przez nadzieje wymieszaną ze złością aż po rozpacz. Taki wachlarz w takim krótkim czasie. Nie zdarza się to często. Nikt nigdy do końca nie może przewidzieć tragedii jednak zawsze jest jakieś, ale, że np. można było temu zapobiec, gdyby nie pewne uchybienia. Tak naprawdę to tego już się nie dowiemy. Pewne jest tylko to, iż życie straciło 23 osoby, które ciężką pracą zarabiali na utrzymanie swoich rodzin. I gdzie tu jest sprawiedliwość. Czy widząc takie tragedie, nie można stracić wiary we wszystko, co się dotąd wierzyło? Jak tym rodzinom wytłumaczyć, że to był nieszczęśliwy wypadek? Jak powiedzieć dzieciom, że ich tatusiowie już nigdy nie przyjdą wieczorem i nie utulą do snu, nie przeczytają bajki, nie pograją w piłkę, nie zabiorą na spacer i w ogóle nie pomogą w najtrudniejszych momentach życia ( a tych dzieci jest, aż 34). Jak wytłumaczyć żonom, matkom, że ich synowie, mężowie już nigdy nie przyjdą, nie przytulą, nie pomogą w wychowywaniu dzieci, nie pomogą na stare lata i że już nie zobaczy się ich pogodnych uśmiechniętych twarzy? Dla większości rodzin musi zostać w pamięci obraz twarzy lub tylko zdjęcia, ponieważ niektóre ciała są nie do rozpoznania. Nie chce czuć nigdy takiego bólu i pustki, nie chce, by śmierć nadeszła tak niezapowiedzianie. Oni nawet nie zdążyli się pożegnać. Bo nie sądzę, że każdy górnik wychodząc do pracy żegna się z rodziną w taki sposób jakby miał świadomość, że może już nie wrócić. Wówczas po prostu by szybko zwariował, zacząłby się bać swojej pracy. Na pewno gdzieś tam w głębokiej podświadomości oni wszyscy mieli zakodowany strach przed taką właśnie tragedią. Trudno mi jest się postawić w roli takiej matki, żony, siostry, córki, ponieważ nigdy się z taką sytuacją nie stykałam, gdyż nie ma w mojej rodzinie żadnego górnika. Dlatego też nigdy nie odczuwałam strachu wynikającego ze świadomości, że bliska mi osoba może nigdy nie wyjechać na powierzchnie żywa. W takich momentach mogę rodziny ofiar wspierać duchowo i złożyć im najgłębsze wyrazy współczucia oraz mieć nadzieję, iż taki los nie spotka innych ludzi ciężko pracujących by utrzymać dom (teraz już mi nie chodzi tylko o górników, bo ile jest niebezpiecznych zawodów, w których giną ludzie). Oddając hołd poległym chce zapalić i moja świeczkę za ich dusze (oczywiście za każdą z osobna). [*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*][*]

środa, 22 listopada 2006

Po burzy zawsze wychodzi słonko:).

Ja również doczekałam się takiego słoneczka. Pomimo tego, że dziś pogoda jeszcze mniej dopisywała niż wczoraj to ja odnalazłam swój humorek. Plan minimum również został wykonany. Co to dla mnie oznacza, że: test z myśli politycznej piszemy 5 grudnia a nie jak było wcześniej mówione 29 listopada, dowiedzieliśmy się iż koło z geografii politycznej wcale nie będzie takie straszne bo stosunki międzynarodowe już pisały i było w miarę względnie, w końcu udało mi się zapisać do laryngologa na poniedziałek. Tylko w domu panowała lekko napięta atmosfera, ale wynikało to z tej brzydkiej aury. Teraz już jest wspaniale. A ja jak na pilną studentkę przystało musiałam wykrzesać z siebie jakieś strzępy motywacji by w końcu oswajać się z mapą geograficzną świata. Jednak tego zapału na długo nie wystarczyło i edukacja zakończyła się na Europie, ale to zawsze o jeden kontynent do przodu. W tym miejscu wielkie ukłony dla Moniki, która zrobiła notatki z myśli. Dzięki temu duża grupa osób ma już połowę pracy za sobą. Jej, co my byśmy poczęli bez postępu technicznego i tak cudownej i niezbędnej kserokopiarce. Aaaaaaaaaa i tak poza tym to spadła na nas jeszcze jedna szczęśliwa wiadomość, iż informatykę mamy dopiero za 2 tygodnie. Jaka to radość dla nas, bo pan wykładowca doprowadza nas już do dzikiego szału i rozpaczy. Tak w ogóle to wena już gdzieś sobie uciekła nawet nie pamiętam, co dokładnie dziś robiłam na uczelni. Oprócz tego, że pan na myśli pokazał na w jego mniemaniu wstrząsający film, tylko jest takie małe, nikt nie dostrzegł w nim czegoś odrażającego, odrzucającego i w ogóle powalającego. Bo w końcu Woltar jakoś szczególnie nie może porażać i zniewalać. I tak już kończąc to chce powiedzieć, że strasznie za Tobą tęsknie kochanie a jeszcze tyle czasu musze bez Ciebie wytrzymać. Cóż ja biedna sama pocznę. Wiem z rozpaczy przestanę jeść, usiądę w kącie i nie będę się do nikogo odzywać ( to jest oczywiście żart, bo kto mnie zna to wie, że buźka to czasem mi się nie zamyka).

wtorek, 21 listopada 2006

Mam wszystko w tyle. Są w życiu takie chwile…

No właśnie i ja mam dziś tę chwilę, że mam ochotę krzyczeć słowa Chylińskiej „kiedy powiem sobie dość”. I tak też się czuje mam wszystkiego serdecznie dość. Wysiadam. Nienawidzę: filozofii, ćwiczeń z myśli politycznej, niektórych wykładowców, pewnych osób z roku, książki pt. „Historia doktryn politycznych i prawnych”, siebie, ludzi w autobusie i wielu innych rzeczy. Mam ochotę krzyczeć ze złości. Nie znoszę tej bezustannej monotonii życia. Dusze się już w tym wszystkim, nie wiem, dlaczego ten świat tak pędzi jak oszalały. Kurcze gdzie się wszyscy tak śpieszą. Ja chce w końcu się zatrzymać nacieszyć się tym, co mam. Bo jeśli nie zrobię tego teraz, to kiedy??? Jak dobrze, że nie jestem jakaś słaba psychicznie bo już bym dawno popadła w depresje a tak to sobie tylko ponarzekam i zaraz mi cała złość odpłynie i wrócę do swojej szarej rzeczywistości. Dlaczego za oknem pada deszcz a do tego widok stał się przygnębiająco smutny??? Czy przez cały rok nie może być wiosny lub lata? Chciałabym mieszkać w strefie podzwrotnikowej, gdzie rosną wiecznie zielone drzewa, gdzie nie nastaje jesienna szaruga. Czy ja, aż tak dużo wymagam? Mam ochotę dalej krzyczeć „odejdę cicho, bo tak chce i ja wiem, że będę wtedy sama nikt nawet nie obejrzy się i ja wiem, że będzie wtedy cicho”. Już jest lepiej trochę mi ulżyło, ale na jak długo sama nie wiem. W razie, czego mogę zawsze na nowo sobie pokrzyczeć. Jak dobrze czasem z siebie wyrzucić złość i nie kumulować w sobie tylu negatywnych emocji. Teraz mogę wręcz śpiewać z radości. Jednak z pomocą musiał przyjść kawałek czegoś czekoladowego i muzyka, która mnie odpręża. Na pewno potem dołączy się do tego moja druga połowa, ale musze na to jeszcze trochę poczekać. Jak narazie radzę sobie jak mogę. Trochę mnie podłamuje fakt, że z moim uchem nadal nie jest wszystko w porządku. Denerwujące jest to, iż wiem, że sama sobie z tym nie poradzę, jednakże skierowanie do laryngologa leży na szafce trzeba tylko teraz znaleźć chwile czasu. Nie będzie to jednak łatwe i znów chce się krzyczeć „ niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, bo wysiadam przez życie nie chce gnać bez tchu”.

niedziela, 19 listopada 2006

A to jednak jeszcze umiem pływać.

A dziś tak niedzielnie jakoś od rana było, bo się wyspałam a potem dzionek minął bardzo sympatycznie tylko, że pogoda troszkę nie dopisała. W końcu udało się mojemu księciu i mi wybrać na basen, w sumie na który mieliśmy się wybrać już wczoraj. Na szczęście rozumiem mojego ukochanego i wiem, że ciężko pracuje i że wczoraj jak już wrócił to było późno, był strasznie zmęczony i do tego czekała go jeszcze praca w domu z komputerami. Jednak obiecał mi, iż dziś sobie wszystko odbijemy i tak też się stało. Najpierw jednak wybrałam się po tę kartkę, którą miał już ode mnie dostać wcześniej, ale nigdzie nic nie znalazłam. Dziś w końcu zmotywowałam się i poszłam jej poszukać co przyniosło zamierzony efekt i niespodzianka się udała (może niespodzianka to za dużo powiedziane, ale mam nadzieje, że miłe to było i całkiem niespodziewane). Potem w końcu przybyliśmy na pływalnie (w sumie musze się przyznać, że zostałam na nią zaproszona ten mój mężczyzna to potrafi mnie miło zaskakiwać). Po dostaniu kluczyków wybraliśmy się do szatni oczywiście każdy w swoją stronę. A potem to już było czyste szaleństwo. Szczerze to nie wiedziałam, że basen wywołuje u mnie tak silne emocje. Ty kochanie oczywiście wiesz, o czym mówie i mam nadzieje, że nadal pomimo tego mnie kochasz:). Na początku trochę wygłupów, oswajanie się z wodą potem jakieś bicze wodne, kolejne wygłupianie, pływanie i oczywiście zaliczony zjazd a nawet zjazdy rurą, bo jakby mogło być inaczej. Sumie po dwóch godzinkach już się zmęczyłam jednak poczekaliśmy jeszcze trochę do czasu, aż włączą światła w basenach, bo w wówczas robi się niezły nastrój, chwile jeszcze pobyliśmy, ale zaczęłam już tak szczekać zębami z zimna, iż mój luby podjął męską decyzje, że wychodzimy. Na koniec poszliśmy się jeszcze posilić ( nie ma to jak najpierw stracić kalorie by potem je uzupełnić w nadmiarze). Ogólnie dzień był milusi i jak dla mnie mógłby jeszcze się nie skończyć tylko trwać, trwać i trwać. Uwielbiam chwile spędzone z Tobą kochanie i dziękuję za tak fajniusią niedziele. A teraz to już idę spać, dlatego mówie wszystkim dobranoc:).

sobota, 18 listopada 2006

To już wracam do blogowego życia.

Przez ten dzień trochę odpoczęłam nabrałam dystansu do zaczepek głupich ludzi i zrozumiałam, że nie ma się, co przejmować, bo zawsze znajdą się tak niemiłe osoby. Nawet nie warto z nimi walczyć, bo to tylko pogarsza sytuacje. A niestety nikt nie jest idealny. Chce w tej notce powiedzieć cos tylko jeden jedyny raz. Pisze tego bloga tylko i wyłącznie dla siebie, jeśli komuś się to nie podoba to ja wcale nie zmusza go do czytania. Pisanie tutaj pozwala mi czasem wyrzucić z siebie pewne emocje, które się kłębią i to mi pomaga. Dlatego jeśli jakieś osobie to przeszkadza niech wyłączy tę stronę i zapomni adres a nie rzuca obelgami, bo to wcale nie jest przyjemne. Też mam swoje uczucia i nie, którzy w ogóle nie zwracają na to uwagi, bo co ich to obchodzi (czyste samolubstwo i egoizm). Z drugiej jednak strony wiem ze słowa krytyki są potrzebne jednak niech one będą odpowiednie a nie, że jak ktoś już nie ma się, czego czepiać to wyszukuje byle głupstwo. Jakoś na blogu, który został blogiem 2005 roku nie dostrzegam by ktoś się czepiał jak autor popełni, jakąś literówkę lub coś źle odmieni, ale może go odwiedzają bardziej kulturalni ludzie. No nie wiem, od czego to jest zależne. Mam nadzieje, iż moja prośba jest bardzo czytelna i osoby mało zainteresowane treścią notek a bardziej ich krytykowanie lub obrażaniem mnie dadzą po prostu temu spokój i odejdą raz na zawsze zostawiając mnie w spokoju.

czwartek, 16 listopada 2006

Już 5 miesięcy męczysz się ze mną kochanie:).

Dziś mamy dzień wyjątkowy, ponieważ mija kolejny miesiąc, kiedy to mój chłopak wytrzymał ze mną lub ja z nim, jak kto woli to interpretować. Pięć miesięcy to już jest jakiś dłuższy okres czasu. Na pewno udało nam się poznać w jakimś stopniu. Wiadomo, że nie wiemy o sobie wszystkiego, ale to dobrze, bo zawsze jest jakieś nowe przeżycie, gdy dostrzegamy jakieś nowe cechy u drugiej osoby. Z mojego punktu widzenia dostrzegam same wzloty, upadków żadnych nie odnotowałam. Panuje pełna harmonia no może czasem gorsze dni miewam, ale staram się z tym walczyć jednak niestety wszystkich moich cech charakteru poprawić się nie da. Nie posiadam z tego powodu wyrzutów sumienia, bo nikt nie jest w końcu idealny i moja druga połowa też czasem potrafi doprowadzić mnie do chwilowego zdenerwowania, ale jednakże jak miło jest się potem popieszczoszyć. W sumie, jeśli chodzi o nasz związek i relacje między nami to nie mogę narzekać wręcz się cieszę, iż jest tak dobrze i że nie ma np. cichych dni lub, że kłócimy się o byle głupstwo. Nasze wymiany zdań raczej są bardziej brane na wesoło i jak nawet któreś się obraża to tylko na chwile i to bardziej na żarty niż na poważnie i to jest w tym wszystkim cudowne. Kocham cię za to, jaki jesteś i za to, że w ogóle jesteś. Nawet przez momencik nie pomyślałam żeby wymienić cię na lepszy model, bo uważam, że lepszego po prostu nie ma. Dziękuję ci za to, że ze mam jesteś za to, że wczoraj ze mną byłeś i za wszystko, co dobre, co mnie do tej pory spotkało dzięki Tobie. Jesteś moim promykiem nadziei, co oświetla każdy mój dzień.

środa, 15 listopada 2006

I bądź tu człowieku poważny:).

Jak mi się dzisiaj już nic nie chce pociesza mnie jednakże fakt, że jutro już ostatni dzień a potem znowu cztery dni wolnego. Dziś było tak sobie najpierw historia to jak wiadomo wynudziłam się za wszystkie czasy, ale cóż jak już zdecydowałam się przyjechać to bez sensu było tam nie pójść. Potem dwie godzinki wolnego, aby znowu uczestniczyć w fascynującym wykładzie z geografii jak zawsze temat poważny, bo o bazie wojskowej na Kubie a dokładnie o Guantanamo ale ludzie już mniej poważni. Znowu przykład z wykładu pan gasi światło by lepiej oglądało się prezentacje (w ogóle zapanował kinowy nastrój, więc ludzie się trochę rozluźnili) a jakaś dziewczyna w tym momencie pisze sms no jak wiadomo w totalnej ciemności światło komórki jest z lekka widoczne. Na ten zaistniały fakt pan wykładowca mówi: „proszę przestać święcić” a na to jakiś dowcipny kolega z tylu sali odzywa się, ze koleżanka nie może przestać świecić, bo to jest wina jej olśniewającego uśmiechu po niedawnym wybielaniu zębów (i bądź tu człowieku poważny jak rozmawiamy o terrorystach, w takim towarzystwie po prostu nie można). Przed wykładem już w stałej ekipie poszłyśmy na pyszne spaghetti (co już dowodzi, że grupka składa się z 3 dziewczyn). Potem pobuszowałyśmy po EMPIK-u w celu zabicia czasu. Ja oczywiście postawiłam sobie cel życiowy wyszukania ładnej karteczki Jednakże żadna nie spełniała moich oczekiwań i norm unijnych, więc dlatego jak zawsze wyszłam z niczym i choć tu człowieku na zakupy i nic nie kup. To mnie trochę zdeprymowało, bo chciałam kupić ładna karteczkę taka sweet, aby potem ją dać wyjątkowej osobie, ale cóż plan spalił na panewce. Dlatego jutro mając godzinkę do autobusu może coś znajdę, ale czarno to widzę, bo po drodze nie ma żadnego sklepu z takowymi rzeczami jednak, jeśli nie jutro to i tak w niedługiej przyszłości cos ciekawego wyszukam. Aaaaaaaaaa i zapomniałam bym dodać, że nasz rok w końcu utworzył sobie forum jak fajowsko tylko żeby jeszcze ludzie uczestniczyli nim w wiadomym celu to już będzie zupełnie super. I tak poza tematem pozdrowienia, dla milego pana administratora (który tak w ogóle uczestniczy ze mną w zajęcia na siłowni):).

wtorek, 14 listopada 2006

Jednak to na filozofii rodzą się najlepsze pomysły.

I znowu kolejny dzień za mną. Jednak czas płynie wręcz biegnie nieubłaganie. Teraz jest 21.00 a ja już w pidżamce podbijam moje wyrko. Sama jestem w szoku, ale naprawdę jestem padnięta, bo wstawanie o 6.00 i potem zajęcia do 16.30 wykańczają, w szczególności 3 godziny filozofii. Jednak pani od angielskie wykryła moją wielka ochotę na wysłuchanie piosenki Sinead O'Connor Nothing Compares To You (po prostu miałam ogromne zapotrzebowanie na jej nieustanne słuchanie i mogę powiedzieć, że w jakieś części je zaspokoiłam). Najśmieszniej jednak było na geografii, gdy podzieliliśmy się na zwolenników kary śmierci i jej przeciwników oczywiście my jak zawsze nawet w tak poważnej kwestii nie potrafiliśmy zachować powagi, z czego wychodziły przeróżne śmieszne sytuacje jak np. przeciwnicy kary śmierci zaproponowali, aby pedofilii wbijać na pal ( w tym momencie legły w gruzach ich całe zapatrywania na owy temat i stali się mało wiarygodnymi przeciwnikami), potem jedna z koleżanek aż zagotowała się ze złości, gdy jej argumenty nie trafiały do ogółu ludności i w sumie każdy był odpierany i jeszcze trochę a biedna by się popłakała ze złości w każdym bądź razie głos miała już drżący. Na wspomnianej już filozofii w naszej grupce 9-cio osobowej narodził się pomysł, aby w przyszłym tygodniu zorganizować odwiedziny u jednej z koleżanek i upiec u niej pizze (oj zapowiada się apetycznie), dlatego tez przez 90 minut wykładu ustalaliśmy, kto jakie składniki przynosi i jak dostać się do wspomnianej koleżanki. A to wszystko przez Pawła, bo to on zaczął temat, że wczoraj miał pustkę w lodówce i jedyne, co znalazł to drożdże i mąkę, dlatego też upiekł sobie pizze i tak jakoś dalej się potoczyło. Z drugiej części wykładu mówiąc po ludzku poszłam w długą udając się na św. Marcin i wcale nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia:). To by było na tyle i teraz uciekam się wygrzewać pod kołderkę i co najważniejsze czekać, kiedy w końcu usłyszę moje kochanie. W takim razie idę sprawdzać czy przypadkiem telefon się nie zepsuł, czy bateria jest naładowana i czy mam zasięg oraz włączone glosy bym usłyszała dzwonek:).

poniedziałek, 13 listopada 2006

Moja wyobraźnia potrafi być czasem chora i nieobliczalna.

Dziś to będę mieć koszmarki w nocy jeszcze ten przeklęty wiatr wieje i rusza drzewa za oknem, które rzucają ruszające się cienie na moją ścianę. Nie było by w tym nic złego, gdyby te cienie się nie ruszały na tej ścianie i gdybym ja ich nie widziała leżąc w łóżku niestety jest zupełnie inaczej. I tak to ja osoba, która nie boi się żadnych insektów, gadów płazów i wszelakiego rodzaju innych dziwnych żyjątek (czuje jedynie do niektórych wstręt i odrazę) boi się głupich horrorów. Przecież ogólnie wiadomo, że akcja jest całkowicie wymyślona wielkich studiach filmowych w Hollywood. Ale żadne argumenty nie przemawiają do mojego blond łebka. Ja i tak wewnątrz mojej chorej głowy no może bardziej za sprawa chorej wyobraźni myślę, że to jest najprawdziwsza prawda i że zaraz jakieś UFO czy co tam innego strasznego wleci mi do domu i mnie zabije lub porwie i wykorzysta do jakiś celów badawczych lub reprodukcyjnych. Wszczepią mi potem jakiś chip pod skore i będą monitorować moje życie, będą wszystko o mnie wiedzieć a ja oczywiście będę, żyła z taką świadomością, że jestem obserwowana poczym popadnę w obłęd i zamknął mnie w psychiatryku, gdzie spędzę pozostała cześć mojego życia chyba, że przyleci jakiś kosmita o imieniu Prot i zabierze mnie na swoja planetę. Jednak na to bym nie liczyła, bo przecież chętnych jest dużo. Dlatego też kochanie jakby potrwali mnie dziś kosmici, co jest bardzo prawdopodobne zważając na wszystkie znaki na niebie i ziemi i do tego jeszcze jest poniedziałek 13-stego to pamiętaj, że bardzo, ale to bardzo Cię kocham i nigdy Ciebie im nie wydam choćbym nie wiem jak mnie torturowali. Jeju to dałam upust swojej fantazji, może to mi pomoże i nie będę mieć w nocy koszmarków. Aha i kochanie tak na przyszłość nie strasz mnie więcej na filmach nawet jak to będzie komedia romantyczna, bo widzisz, że potem mam problemy z własną psychika.

niedziela, 12 listopada 2006

Jak to dopadł mnie tłum fotoreporterów.

No i udało się, spełniłam swój obowiązek obywatelski i poszłam zagłosować pierwszy raz w życiu. Jej było to w końcu wzniosłe wydarzenie, przy drzwiach tłum fotoreporterów, którzy za wszelką cenę chcieli uwiecznij jak oddaje mój pierwszy raz głos, niestety w sali nie zmieścili się dziennikarze z aż 7 stacji telewizyjnych, dlatego czekali na mnie przed budynkiem. Po wyjściu udzieliłam krótkiego wywiadu tylko wybranym (oczywiście wpływ na mój wybór zależał od dziennikarza...bardziej od jego urody hi hi hi). Potem jeszcze miałam wypowiedzieć się na żywo dla jednej ze stacji radiowej a na koniec sam znany polityk (nie będę wymieniać tu nazwiska, bo nie chce złamać ciszy wyborcze, która w sumie już nie obowiązuje jednak powiem wam w tajemnicy, że był to sam pan Kononowicz). No dobra dobra pożartowaliśmy sobie pośmialiśmy się a teraz całkiem poważnie. Poszłam zagłosować, bo, jako że jestem studentką politologii to moim obowiązkiem jest rozwijanie własnej jak i u innych ludzi kultury politycznej. Oczywiście nie jest to wydarzenie, które w jakiś szczególny sposób będę rozpamiętywać do końca życia, bo z pewnością w życiu będę głosować jeszcze nie raz i nie dwa razy. Potem pojechałam jednak do rodzinki i tam dopiero wyszalałam się z półtorarocznym synkiem i 4-letnią córką kuzyna. Nawet nie wiedziałam, że posiadam aż takie zdolności w szybkim przebieraniu lalek i wożeniu ich w wózku:). Ale stwierdzam, że wszędzie dobrze jednak w domu najlepiej. Dlatego wcale się nie zmartwiłam, gdy moja rodzicielka rzuciła hasło, iż wybywamy już do domu. I tak odchodząc od tematu. Kochanie nie przejmuj się, że czasem ci odbija i jestem dużym dzieckiem, bo to też w Tobie kocham. Przynajmniej mam, na kogo przelewać moje uczucia macierzyńskie:*. A tak poza tym to strasznie poprawiłeś mi humorek i tak mi się jakoś wakacyjnie, cieplutko i milutko zrobiło. Dziękuję:*

sobota, 11 listopada 2006

Cudowne uzdrowienie…:)

Oczywiście tytuł nic nie ma wspólnego z jakimś kultem religijnym, sektą cudownym widzeniem czy czymś temu podobnego. Miejsce tego wielkiego wydarzenia to dzisiejsze popołudnie w malej miejscowości a dokładnie w moim domu. Wielki udział w tym uzdrowieniu miał mój kochany chłopak. A co dokładnie się wydarzyło??? Po prostu przyjechał do mnie i to już wystarczyło. I wtedy dopiero się zaczęło. Było moje bliskie spotkanie trzeciego stopnia z podłoga, było jeszcze ściskanie i otarcie kolanka (jeszcze raz przepraszam kochanie ja naprawdę nie chciałam) ale także prawie utraciłam górną prawą jedynkę (na pewno by to komicznie ale mi wcale nie było by mi śmiechu). Jednak stwierdzam, że nadal mi mało jeszcze chce się pościskać!!! Tak poza tym to sobota, jak co tydzień minęła mi na sprzątaniu. Potem naszła mnie wielka ochota na pooglądanie teledysków, więc dla relaksu włączyłam sobie płytkie i jak to ja potańczyłam sobie w ukryciu. Jej jak dawno tego nie robiłam i jak dawno nie oglądałam tych teledysków, aż mi się wtedy przyjemnie zrobiło, sprawiło mi to ogromna radość i nastawiło pozytywnie na następne mam nadzieje dni. Jutro moja rodzinka zaplanowała odwiedzenie mojej cioci i wujka jednak ja mam jakieś mieszane uczucia bym tam jechać, dlatego jeszcze głęboko nad tym pomyślę czy po obiadku wsiądę do autka i również się tam wybiorę. Dobra a teraz kończę i idę dalej oglądać film „Jak stracić chłopaka w 10 dni” może się czegoś ciekawego dowiem. Chociaż na razie nie planuje takich rzeczy, ale zawsze można się pośmiać. A teraz jeszcze do mojego kochania wtrącę taki malutki wątek z filmu „Kiss me beneath the milky twilight lead me out on the moonlit floor”

piątek, 10 listopada 2006

Blondynka też miewa trudne dni:(

I stało się faktem to, iż od rana nie czułam się najlepiej. Myślałam, że szybko wszystko przejdzie, ale za bardzo nie chciało. Dobrze, że dziś miałam tylko jedne ćwiczenia w sumie wykończyło mnie bardziej ponad godzinne oczekiwanie na autobus do domciu. Jak wiadomo wiatr był może niemocny ale bardzo zimny. I do ogólnego osłabienia mojego organizmu doszło totalne wychłodzenie organizmu. Oczywiście na efekty nie musiałam długo czekać wiec teraz oprócz sporego ubytku płynów z mojego organizmu doszedł jeszcze katar i ból głowy. Po prostu żyć nie umierać. Nie mam siły na nic, naczynia po obiedzie umyłam resztkami sił, w ogóle nie mam zielonego pojęcia jak wdrapałam się na drugie piętro do domciu (to był wyczyn niesamowity w moim wykonaniu). Całe popołudnie przeleżałam lub przespałam, chociaż było to trudne z powodu ciągłego bólu, pomimo łyknięcia tabletek. Obecnie pisze notkę i pomału wyruszam w stronę lóżka. Spróbuję się położyć, zasnąć i się trochę podkurować na jutro, bo w końcu mamy weekend i nie mam zamiaru przeleżeć go w łóżeczku. Jej nawet moja wena gdzieś uleciała. Koniec nie chce już narzekać ile można, bo w końcu stanę się starą marudą, a ja tego nie chce. Poza tym przed nami jeszcze długie jesienne a potem zimowe wieczory wiec ponarzekać jeszcze zdążę. Narazie to marzy mi się ciepełko, słoneczko i pieszczoszenia się z moim kochaniem jednak na to wszystko musze poczekać. Dlatego też po przytulam się do Kubusia Puchatka (chociaż to marny zastępca ale przynajmniej jest mięciutki i milusi). W takim razie uciekam pod kołderkę wygrzewać mój brzuchol.

czwartek, 9 listopada 2006

Teraz już wiem, że chciałabym umrzeć z miłości!

Myslovitz Chciałbym umrzeć z miłości

Świat wypadł mi z moich rąk

Jakoś tak nie jest mi nawet żal

Czy ty wiesz jak chciałbyś żyć, bo ja też

Chyba tak chciałem przez cały czas, lecz

Jeśli muszę i wybrać będę mógł jak odejść

To przecież dobrze, dobrze o tym wiem

Chciałbym umrzeć przy tobie

Wieje wiatr, pachnie wiosną i wiem

Że ty łatwo tak zgodziłaś na to się i

Jeśli muszę i wybrać będę mógł jak odejść

To przecież dobrze, dobrze o tym wiem

Chciałbym umrzeć przy tobie

Jeśli kiedyś wybrać będę mógł jak to zrobić

To przecież dobrze, dobrze o tym wiem

Chciałbym umrzeć z miłości

Nie na krześle, nie we śnie

Nie w spokoju i nie w dzień

Nie chcę łatwo, nie za sto lat

Chciałbym umrzeć z miłości

Nie bez bólu i nie w domu

Nie chcę szybko i nie chcę młodo

Nie szczęśliwie i wśród bliskich

Chciałbym umrzeć z miłości

Tak właśnie chciałabym stąd odejście jak już będę musiała tylko i wyłącznie przy Tobie. Tak zupełnie poważnie to chce się budzić i zasypiać przy Tobie. Już teraz wiem, co to znaczy kochać i być kochanym odkryłam to dzięki Tobie. Chyba nie można zaznać już większego szczęścia. Przepełnia mnie uczucie radości. Widzę cię gdziekolwiek, spojrzę. Dopiero, co wyszedłeś a ja już tęsknie i tak naprawdę jeszcze nigdy nic takiego nie czułam. Chce z Tobą chodzić za rękę w deszczu, chce całować cię pod rozgwieżdżonym niebem i szeptać ci do ucha jak bardzo cię kocham.

środa, 8 listopada 2006

Gdyby doba miała więcej godzin to na pewno bym się nie nudziła:).

Pomysł na dzisiejszą notkę narodził się w autobusie relacji Poznań - Chludowo z przystankiem docelowym w Zielątkowie gdzie też wysiadłam. Siedząc sobie w wyżej wymienionym pojeździe pełnym obcych sobie ludzi, zimnym, ale jednocześnie nowym i wygodnym oraz oglądając budzący się i księżyc oraz światełka dobiegające z okien domów doszłam do pewnych wniosków. Oczywiście to, co chce powiedzieć dostrzegłam już wcześniej jednak nigdy się nad tym nie zastanawiałam dłużej, bo jakoś szczególnie to mnie nie dotyczyło. Będąc, na co dzień w Poznaniu zostałam wrzucona w pęd życia miejskiego. Z początku, uważałam, że gdzie ja, mnie to omija, bo żyje inaczej. Jednak z każdym dniem widzę coraz dokładnie, iż coraz bardziej się wszędzie spieszę, żyje w nieustannym biegu nawet zmieniając sale między wykładami. Po prostu wszędzie biegnę to: na zajęcia, na autobus, na zakupy, do barku po kanapkę, do automatu po gorąca czekoladę a potem parze sobie buzię, bo nie mam czasu czekać aż wystygnie, spieszę się na przejściu dla pieszych, bo zielone światło już miga albo w połowie przejścia zrobiło się czerwone. Drugą skrajna rzeczą ludzi „miastowych” jest nieustanne czekanie na cos, z czego wynika późniejszy pośpiech by nie być spóźniony. I tak oto tylko w dniu dzisiejszym czekałam: na zajęcia, na przerwę (bo tyłek już bolał od siedzenia), na dojście na przerwie do barku, na wydanie kurtki w szatni (było oblężenie), na pizze w Pizza Hut i potem, oczywiście oczekiwanie na wydanie reszty. Tych przykładów jest więcej, ale chodzi mi o uchwycenie samej idei. Po co ludzie tak się spieszą? Przecież i tak czasu nie zyskują i ciągle marudzą, że brak im czasu i do tego jeszcze są wiecznie zmęczeni. Ja jestem nauczona trochę innego modelu życia, dlatego trudno mi się przestawić na ten pośpiech. Zaczyna mi brakować czasu ledwo stanę pojadę do szkoły to już wracam i kładę się powrotem spać i tak codziennie. A musze powiedzieć ze mój plan zajęć i tak jest strasznie przystępny i w sumie chodzę na wykłady tylko 3 dni w tygodniu. Jednakże atmosfera wielkiego miasta przenosi się pomału i na mój codzienny grunt życia nawet wówczas, gdy nie bywam w Poznaniu. Łapie się np. na wiecznym sprawdzaniu godziny i nerwów czy zdążę coś tam zrobić. A ja protestuje, bo chcę mieć więcej czasu na przyjemności i nie tylko, chce bez wyrzutów sumienia leżeć cały dzień w łóżku by potem nie myśleć, że czeka na mnie do przeczytania 200 stron książki na myśl polityczna. A tak w ogóle to ja chce już wiosnę by dni były dłuższe i żebym nie musiała w ciemnościach wychodzić z domu i w takich samych ciemnościach do niego wracać. A tak już całkiem serio chciałabym mieć urządzenie do zatrzymywania czasu i powtarzania tych rzeczy, które są dla mnie najmilsze.

wtorek, 7 listopada 2006

Kiedy zostanę kobietą?

- Mamo, mamo chyba mi urosła klatka piersiowa?!

- Córeczko to jest normalne każda dziewczynka przechodzi to prędzej czy później.

- Mamo, ale Elka z 6b jest całkiem płaska.

- Bo widocznie ona ma jeszcze na to czas ponieważ każdy ma swój wewnętrzny zegar biologiczny.

- Mamo a czy to znaczy, że jestem już dorosła?

- No… dorosła może jeszcze nie, jednak małymi kroczkami zbliżasz się do tego etapu.

Jej jak dawno temu zadawałam sobie tak nurtujące pytania. Wtedy były one dla mnie wręcz nie do rozwiązania jakby z kosmosu. W końcu jeszcze nie znałam języka mojego ciała i nie byłam świadoma tych wszystkich przemian, które wówczas zachodziły. A jak to wygląda teraz? Czy już mi się udało poznać całą siebie? Wydaje mi się, że jednak nie, ponieważ człowiek poznaje siebie i swoje ciało przez całe życie. Jeszcze troszkę i będę musiała pogodzić się z faktem posiadania pierwszych zmarszczek koło oczu, przez co będę musiała nauczyć się na nowo potrzeb mojej twarzy i skóry. Ale to, kiedy stanę się kobietą??? Czy jak nadchodzi ta chwila, ten moment to to się po prostu tak wie i już??? A może jestem nią od momentu, gdy osiągnęłam pełnoletność??? Mówi się również, że pełnie kobiecości uzyskuje się po urodzeniu dziecka. I tutaj wynika pewien problem: ja nie posiadam dziecka. Czy to znaczy, że nie mam czuć się kobietą? A może zaczynamy się nią czuć, gdy inni dostrzegą w nas pierwiastek kobiecości. Gdy w oczach najbliższych widzimy zalążki budzącej się natury kobiecej? Ile to jeszcze jest pytań, na które nie znam odpowiedzi. Jednak na pewno w jakimś stopniu czuje się kobietą. Codziennie chce ładnie wyglądać dla świata a w szczególności dla moich najbliższych. Co do zachowania to nie zawsze bywa one odpowiednie do mojego wieku ale dobrze czasem potrafić rozbawić tłum bo i tak już za dużo jest ponuraków naszym społeczeństwie. Czuje, iż dopada mnie depresja jesienna i zaczynam przechodzić kryzys osobowości. Przykładem może być fakt, że rano po wstaniu i spojrzeniu w lustro odwróciłam się i nie chciałam już w nie spojrzeć. Ostatnio też odjęto mi lata i znów byłam dzieckiem tylko, że wówczas zabrakło już miejsca na poważna osobę, która tak naprawdę staram się być.

- Dziecko czy ty masz prawo jazdy, że wsiadasz za kierownice?

- (pomyślałam, iż to jest głupie pytanie i to, że posiadam prawo jazdy od ponad pół roku mówi samo za siebie) Ależ oczywiście, że mam

- Bo dziecko wyglądasz tak młodo. Myślałam, że masz 15-naście lat.

-(w tym momencie kielich goryczy pękł) To się pani stanowczo pomyliła, bo mam 19-naście lat.

I jak tu można czuć się dorosło, kiedy na każdym kroku cię odmładzają. Z pewnością będę się z tego cieszyć za kilka lat, gdy zacznę sama sobie odejmować lata. Ale jak na razie chce w końcu stać się dorosła kobieta!!!

poniedziałek, 6 listopada 2006

Gruntowny remont:)

Jak widać na blogu zaszły gruntowne zmiany. Postanowiłam trochę go zmodernizować, ponieważ poprzedni szablon już mi zbrzydł i to może, dlatego zabrakło mi weny do pisania. Za oknem ciemno zimno i wietrzenie a ja właśnie siedzę sobie przy cieplutkim kaloryferze i konstruuje notkę. Dziś nie będzie długo z tego powodu, że zaraz wyruszam w stronę mojego łóżeczka, bo jutro raniusio wstaje i jadę na wykłady. Jakoś nie mam wizji siedzenia 3 godzin na filozofii po prostu uwierzcie to jest nie wykonalne, jeżeli w ogóle kogoś nie interesuje, (czyli został tu opisany mój przypadek). Jak łatwo też zaobserwować nie pisze już w 3 osobie liczby pojedynczej wynika to również z dokonywanego przemeblowania. Po prostu uznałam, że zmienia się wszystko. Może to też mi pomoże w częstszym pisaniu notek, (bo nie będę musiała główkować nad przekształcaniem zdań a nie raz to było skomplikowane). W takim razie wyjaśnienia już napisane to mogę spokojnie pomykać do łóżeczka do mojej pościeli w Kubusia Puchatka a to cudo oczywiście zawdzięczam mojemu kochanemu chłopakowi (on jednak wie, co potrafi mi sprawić prawdziwą nieopisaną radość). I melduje posłusznie, że zadanie z angielskiego wykonałam.

niedziela, 22 października 2006

A dziś tak na wesoło:)

Z powodu tego, że mam bardzo dobry humorek to dziś będzie typowo na wesoło. Mam nadzieje, że wam też to się spodoba .:)

Nie wiem dokładnie dlaczego, ale ostatnio jest to mój ulubiony obrazek.

sobota, 21 października 2006

O życiu studenckim i nie tylko:)

Znowu trochę zaniedbałam blogowy świat. Jednak trzeba mi to wybaczyć, ponieważ nie zawsze mam czas i ochotę na pisanie. Ostatnio trochę się wydarzyło w życiu blondynki. Zaczęła ambitnie uczęszczać na wykłady, ćwiczenia i lektoraty. Wymaga to od niej dużo samozaparcia, gdyż to strasznie nadweręża jej samopoczucie psychiczne oraz kondycje fizyczną. Jeszcze chyba, by nie było dnia żeby nie powróciła do domku bardzo zmęczona. Wówczas najchętniej zjada szybko obiadek i wkula się do swojego łóżeczka, by zregenerować siły. I w sumie każdy dzień przez ostatnie trzy tygodnie wygląda podobnie. Na swojej uczelni blondyna już poznała ludzi z roku zawiązała nawet pierwsze przyjaźnie, z czego jest bardzo zadowolona i dumna, bo przynajmniej nie tuła się samotnie po korytarzach oraz nie czuję się jak wyrzutek społeczeństwa skazany na samotność. Oczywiście na jej roku są ludzie, którzy skazali się na samotność albo mają trudności z nawiązywaniem nowych kontaktów, ale blondyna ma nadzieje, że wszystko się zmieni po otrzęsinach, które mają się odbyć jakoś na początku listopada (tylko nie we wszystkich świętych). Po zajęciach bywają miłe chwile np. wspólnego wypadu do kina w ramach wzajemnej integracji z grupą oraz włóczenie się po zakątkach poznania i zaspakajanie swoich wyszukanych kulinarnych gustów jak to miało ostatnio miejsce w fajnej knajpce na spaghetti . Niestety życie studenckie nie składa się tylko z samych przyjemnych chwil (wtajemniczeni znają ten ból), dokładnie to chodzi o zaciętą walkę o książki z biblioteki, wspomaganie się najróżniejszymi znajomościami by upolować wymarzony wolumin albo walka o kserówki testów na myśl polityczną lub notoryczne usypianie na wykładach z filozofii i historii powszechnej (tutaj podziękowania dla Marysi za ciągłe trzymanie ręki na pulsie i cucenie blondyny). Chyba będzie trzeba się zacząć wspomagać kawą lub jakimś innym napojem z dużą ilością kofeiny. Oczywiście zdarzały się różne akcje z blondyną w roli głównej jak np. pomylenie autobusów do domu i przymusowy wyskok na najbliższym przystanku by zdążyć na ten właściwy, pomylenie grupy z angielskiego i prawie zostanie zapisanym do tych najambitniejszych i wiele podobnych śmiesznych sytuacji (jednak one są dla blondyny śmieszne dopiero po czasie). Teraz trochę inny temat, bo trzeba wspomnieć, iż 16-stego minął kolejny miesiąc, kiedy to blondyna połączyła się ze swoim księciem. Jej, ale on jest jednak wytrzymały. I byle tak dalej, bo jest wspaniale. Ten związek dodaje głównej bohaterce sił do pokonywania wszelkich trudności i do tego, aby codziennie rano wstać i stawić czoła kolejnemu dniu. Chociaż ostatnio rzadziej się widują i słyszą, to i tak nic się nie zmieniło w ich relacjach może jedynie to, iż blondi zaczęła doceniać to, co ma oraz to, że za żadne skarby nie chce tego stracić. Kocham cię tak serio, serio (wiesz, o co chodzi):).

poniedziałek, 2 października 2006

O tym jak blondynka została studentką:)

Ojjjjj chyba dawno tu nie gościłam. Wynikło to nie tyle z braku czasu, ale weny i ochoty do pisania. Na jakiś czas musiałam zaprzestać blogowania, by nabrać do pewnych rzeczy dystansu. Jednak w końcu się przemogłam i postanowiłam opublikować kolejny odcinek z życia blondyny. Możliwe, że niektórzy już pomyśleli, iż porzuciła ona swoich czytelników, ale to nie prawda. Wydarzyło się u niej sporo ciekawych lub mniej ciekawych rzeczy jednak wszystkiego nie da się zmieści w jednej notce, dlatego też blondi postanowiła stopniowo opisywać swoje losy. Może zacznę od tych najnowszych newsów. Jak wszystkim wiadomo blondi jest już pełnoprawną studentką a dokonało się to w piątek na ogólnie rzecz biorąc spotkaniu organizacyjnym u niej na uczelni, gdzie złożyła uroczyste ślubowanie, otrzymała indeks i legitymacje. Oczywiście nie obyło się bez niespodzianek, bo wówczas tą uroczystość blondyna uznałaby za nudną. Pierwsza gafą było lekkie spóźnienie, które wynikło ze złego obliczenia czasu dojazdu autobusu do uczelni. O zgrozo, co to było potem za wejście smoka. Główna bohaterka wystraszyła chyba nawet samego dziekana pomijając fakt, że wpadła na niego w drzwiach wejściowych do auli a trzeba dodać, iż zrobiła to z wielkim impetem, co groziło upadkiem wyżej wymienionego osobnika. Na szczęście aż tak niebezpiecznie się to nie skończyło. Jednakże blondi na pewno już się zapisała w pamięci obecnych na sali wykładowców (potem doszły do redakcji słuchy, że profesorowie jednogłośnie ustalili, iż będą wchodzić do sali tylko w przypadku, gdy blond studentka zajmie już miejsce siedzące). Kolejną wpadką w jej wykonaniu (oczywiście nie chodzi o wpadkę kończącą się zostaniem etatową mamą) było złe wypisanie tekstu ślubowania, które musiała oddać, gdy odebrała indeks, ale miła pani odbierająca ten śmieszny papierek spojrzawszy na nią stwierdziła, że chyba nie ma sensu zwracać jej uwagi, więc dała sobie spokój. Gdy blondi odebrała już wszystkie ważne dokumenty usiadła spokojnie na tyłeczku i czekała na dalszy rozwój wypadków. Następnie przez sale przewinął się jeszcze tłum studentów w tym chłopak w czerwonych włosach, który bezapelacyjnie utkwił jej w pamięci. Po tym wszystkim główna bohaterka doszła do wniosku, że na sali przewagę liczebna mają chłopcy (wówczas zatarła ręce i się troszkę ucieszyła, bo w końcu będzie odwrotnie jak miała w liceum gdzie na 26 dziewczyn przypadało tylko 6 osobników płci męskiej). Potem wydarzył się mały incydent, bo jednej dziewczynie umieścili w indeksie nie jej zdjęcie, ale w sumie łatwo można pomylić blondynkę z brunetka tym bardziej, że na legitymacji było już dobre zdjęcie. To by było chyba dosyć opowieści na dzisiaj, ale ciąg dalszy nastąpi w niedługiej przyszłości. Trzeba w końcu opisać wypad blondyny do zoo (a troszkę też się tam działo).

sobota, 16 września 2006

"There's a truth in your eyes saying you'll never leave me..."

Dzisiaj będzie notka zupełnie wyjątkowa, dlatego też pisana będzie w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Ową okazją jest fakt, iż jestem już z moim księciem 3 miesiące. Wiem, że to nie jest nie wiadomo jak długo, ale dla mnie to i tak już wieczność. Dlatego chce mu dziś podziękować i powiedzieć, że jest moim aniołem i w jego ramionach czuje się najbezpieczniej. A poza tym kochanie jeszcze coś ci powiem: „Zawsze, kiedy chce Ci powiedzieć, co do Ciebie czuję, to brakuje mi słów, by to opisać... Gdy chce Ci powiedzieć, że Cię "Kocham" to wiem, że to tak naprawdę za mało. Po prostu nie ma żadnego słowa, ani zdania, które opisze to, co w głębi serca mam, co wyrazi tak wielkie uczucie, zwykłe słowa nie są w stanie tego określić. Jesteś kimś, kto sprawia, że mam chęć do życia, kto mnie pobudza, powoduje radość, zwalcza smutek, przynosi szczęście. Chcę, żebyś wiedział, iż moje życie nie ma bez Ciebie wartości, ma sens tylko wtedy, gdy spędzam je z Tobą, gdy jesteś blisko i czuję Twoją obecność. Moja miłość do Ciebie nigdy nie będzie miała końca, lecz z każdym dniem, godziną, minutą, a nawet sekundą będzie wzrastać. Potrzebuje Cię najbardziej na świecie. Dziękuję Ci za to, że: -mogę na Tobie zawsze polegać, powiedzieć, co mnie boli, smuci, z czym sobie nie radzę, -zawsze mnie wysłuchasz i jesteś najcierpliwszą osobą, chociaż wiem, że często nie można ze mną wytrzymać i z moim marudzeniem czasem ciężko żyć, -jesteś bardziej wyrozumiały niż przyjaciółka, -jesteś czymś więcej niż chłopak-jesteś moją miłością i chce, aby na zawsze tak zostało. Kocham Cię Kochanie najbardziej jak Tylko mogę. Mam nadzieję, że o tym wiesz. Napisałam to, aby choć w kilku słowach opisać moje uczucie. Bądź ze mną zawsze. Mam nadzieje, że nigdy nie zwątpisz w moją miłość do Ciebie... Nigdy nikogo nie kochałam tak jak Ciebie po prostu KOCHAM CIĘ:*.”

czwartek, 14 września 2006

Nuda stanowczo zabija ostatnie szare komórki!!!

Do takich mądrych wniosków ostatnio doszła blondyna. Nie było by to aż takie straszne, gdyby nie zauważyła tego na własnym przykładzie. Dlatego też jej rodzina postawiła sobie za cel takie układanie rozkładu dnia, by główna bohaterka nie miała nawet czasu pomyśleć o nudzie. Polega to na tym, że wynajdują jej różne najdziwniejsze zadania począwszy od mycia okien przed robienie prania i sprzątania a skończywszy na robieniu obiadków. Blondyna jednak stanowczo zaczęła się buntować i doszła do wniosku, iż lepiej by ubyło jej kilka szarych komórek niż żeby padła ze zmęczenia. I jak postanowiła tak też zrobiła jednak jej plan szybko legł w gruzach gdyż dziś z czystego przyzwyczajenia obrała ziemniaki i poszła powiesić pranie a na koniec jeszcze odkurzyła całe mieszkanie. Niestety nie znalazło się ani troszkę czasu na wypoczynek, kto by pomyślał, że nuda zdziała cuda. Popołudniu wybrała się na zakupki do miasta. Oczywiście nie obyło się bez przygód. Najpierw narobiła zamieszania w aptece, gdy pani wyjęła za dużo tabletek na ból gardła, bo jak to blondynka oczywiście nie mogła się na żadne zdecydować. Takim o to sposobem na ladzie znalazło się około 15-nastu opakowań różnych specyfików w końcu wybrała ten, który pani aptekarka pokazała jako pierwszy, żeby oczywiście nie było tak kolorowo i spokojnie potem narobiła zamieszania z reklamówką. Okazało się, iż nie ma ona jednego uszka, więc zaczęła się kombinacja by je dorobić. Pani aptekarka zauważywszy zaistniałą sytuację postanowiła dać nową, po czym okazało się, że wszystkie reklamówki pochodzą z jakieś wadliwej serii, dlatego też blondi szybkim krokiem opuściła aptekę by nie wynikło jakieś kolejne zamieszanie. Później tylko po przejściu przez drzwi usłyszała głęboki oddech ulgi wśród personelu, że już jej się pozbyli hehehe. Następnie urządziła sobie maraton po centrum handlowym, gdzie upolowała 3 ostatnie butelki jej ulubionej wody mineralnej. Dla jej zdobycia była gotowa zrobić wszystko, dlatego też w rozpaczliwej desperacji rzuciła się na półki z woda w wyniku, czego inni klienci nie mieli szans nawet zbliżyć się do działu z wodami. Ciekawe, dlaczego potem ludzie dziwnie się na nią patrzyli hehehe. Po doniesieniu cennego łupu do wózka postanowiła nie opuszczać go ani na krok, by przez przypadek jakiś zdesperowany klient nie uprowadził jej butelek z wózka. Gdy już zmęczona wróciła do domu to nie pozwolono jej odpocząć tylko zaciągnięto ją do obierania śliwek na powidła. Ciężki to już ma los ta nasza blondynka. Na koniec piękność chce podziękować swojemu księciu za pięknego kwiatka (jak na razie kwiatek żyje i ma się dobrze nawet dostał świeżą wodę):*.

wtorek, 12 września 2006

Prawie „kura domowa”, prawie robi wielką różnicę:)

Przez to, że blondynka ma jeszcze wakacje, ponieważ swoją edukację rozpoczyna dopiero w października to Super Mama zatrudnia ją do różnych prac domowych. Takim oto sposobem ta biedna mała istota musiała ostatnio myć okna. Oj, jakie to było dla niej męczące zajęcie. Jednak trzeba powiedzieć, iż zabrała się do tego z wielkim zapałem godnym podziwu. Dlatego też, wstała znowu bladym świtem (jak to już miewa w zwyczaju hehehe) szybciutko się ubrała, zjadła śniadanko i popędziła po odpowiednie środki do mycia szyb. Należy wspomnieć, że postanowiła swoją pracę wykonać bardzo starannie by Super Mama była z niej dumna i ją pochwaliła. Dlatego przygotowania i zbieranie się do wykonania powierzonego jej zadania w rzeczywistości zajęło naszej piękności więcej czasu niż owe późniejsze mycie. Wczesnym popołudniem w końcu udało jej się dostać do okna w kuchni, które okazało się być okropnie brudne, oklejone błotem, dlatego też blondi zaczęła się zastanawiać czy ktoś w ogóle przez to okno jeszcze coś widział. Nie rozwijając dłużej tej myśli spryskała szyby (w tym miejscu, aby nie robić darmowej reklamy nie zostanie podana nazwa środka, który poradził sobie z owym brudem) płynem do mycia szyb i zaczęła mozolne polerowanie. Wirtualnie naszej bohaterce myć okna pomagał jej Książe. Było to przyjemne i potrzebne umilanie pracy tym bardziej, że nasza istotka w owym dniu przeżywała swoje trudne dni, więc wsparcie moralne było jej bardzo potrzebne, by przypadkiem nie rzuciła się z drugiego piętra, bo cóż by to była za strata dla ludzkości. Ambicje tego małego człowieczka nie skończyły się oczywiście na jednym oknie i dlatego umyła jeszcze drugie tym razem w swoim pokoju. Po wykonaniu powierzonego jej zadania padła zmęczona nie mogąc ruszyć ani ręką ani nogą. Wówczas okazało się, iż blondyna musi jeszcze ugotować obiad dla swojej rodziny. Był to wyczyn ponad jej siły jednak stanęła na wysokości zadania i usmażone przez nią naleśniki z jabłkami zaspokoiły żołądki zarówno Super Mamy i Pana Taty oraz brunety. Nasza piękność pomimo tak nieludzkiego poświęcenia nie mogła mieć oczywiście ani chwilki odpoczynku, gdyż jej rodzicielka zleciła jej spacer na ogródek po fasolkę. Na szczęście z odsieczą przybył jej ukochany i pomógł jej wykonać to zadanie i nawet potem niósł siateczkę (co z niego za dżentelmen nic dodać nic ująć tylko po prostu kochać). Wieczorek spędziła już w miłym towarzystwie, przez co humorek i siły witalne do niej powróciły:*.

niedziela, 10 września 2006

Wyprawa na grzyby z niespodziankami:)

Tak to już bywa, że jak nadchodzi jesienny chłód i wilgoć to w naszych pięknych lasach państwowych zaczynają wychylać swoje łebki pierwsze grzybki. Oczywiście w tej opowieści bierzemy pod uwagę tylko grzybki zjadliwe, czyli podgrzybki i prawdziwki a pozostałe rzucamy w wir zapomnienia, czyli wszelakiego rodzaju odmiany trujące, halucynogenne i tym podobne:). I takim o to sposobem nasza blondi w te piękne wrześniowe popołudnie wyruszyła integrować się z lasem oraz różnymi dziwnymi lub mniej dziwnymi stworami tam mieszkającymi. Trzeba dodać, że na ten genialny pomysł wpadł po części Pan Tata. Nasza istota nie marnując czasu na zbędną dyskusję czy pomysł jest idealny pomaszerowała do swojego pokoiku by zmienić swoje wierzchnie nakrycie na coś bardziej dopasowanego do wędrówek po leśnych drogach. Punkt 14.00 nasza szczęśliwa rodzinka zapakowała się do samochodu i pomknęła przed siebie. Po 15 minutach znalazła się w uroczym lesie, gdzie na dzień dobry powitał ich piękny podgrzybek. Potem już było z górki. Po 40 minutach blondi się wycwaniła i maszerowała tylko po największych chaszczach, na które zwyczajny śmiertelnik nawet by nie spojrzał. Ale jej metoda okazała się bardzo skuteczna, bo pomimo odrapanych rąk przez jeżyny i zaadoptowaniu kilku pająków miała po chwili zapełniony koszyk. W tym miejscy należy obalić mit o Blondynce jako istocie mało myślącej i nieinteligentnej. W przypadku naszej bohaterki to nie ma racji bytu:). Jednak trzeba dodać, że wyprawa nie była do końca taka kolorowa, ponieważ nasza piękność miała bliskie spotkanie trzeciego stopnia z czymś bliżej nieokreślonym. Owa istota spowodowała wzniesienie alarmu przez blondi, dzięki czemu było ją słychać w promieniu najbliższych 10 kilometrów. W domyśle naszej bohaterki był to jakiś mały wąż lub bardzo wyrośnięta dżdżownica najprawdopodobniej modyfikowana genetycznie przez Unię i testowana w naszych lasach. Nasza mała istota da sobie głowę uciąć, iż owy duży potwór rzucił się na nią jednakże błyszczący nóż w jej ręce skutecznie musiał ją\go odstraszyć. Gdy rodzinka postanowiła już wracać do domku (wyczerpana i głodna) spotkali jeszcze wujka i ciocię (to był prawdziwy zbieg okoliczności, aż należy powiedzieć, że ale ten świat mały). Na zakończenie tego przemiłego popołudnia blondi znalazła prawdziwka (będzie, co dodać do zupki na wigilię hehehe) potem zostały znalezione jeszcze 3, z czego jeden należał do Super Mamy, drugi do Pana Taty a trzeci oczywiście do naszej piękności. Na koniec chce pokazać koszyk z grzybami, który zebrała nasza blondynka na dowód tego, iż naprawdę w tym lesie była. Wszystkie grzyby znajdujące się na owym zdjęciu zostały z wielkim trudem poszukane i zebrane rączkami naszej bohaterki.

piątek, 8 września 2006

"Murzynkowe" szaleństwo Blondyny

Pewnego pięknego poranka nasza piękność postanowiła sprawić sobie radość i zarazem spełnić swoją zachciankę, dlatego też wpadła na genialny pomysł upieczenia murzynka. Jak postanowiła tak zrobiła. Bo jak to się mówi „blondynce dwa razy nic nie mówić”. Na samym początku ruszyła na poszukiwanie przepisu. Okazało się to trudnym i wyczerpującym zajęciem jednak wszystko skończyło się szczęśliwym odszukaniem przepisu na dnie szafy Super Mamy. Po dokładnym przestudiowaniu potrzebnych składników blondi spostrzegła, iż brakuje jej margaryny i polewy czekoladowej. Dlatego też szybciutko udała się do sklepu by zakupić owe produkty. Po powrocie odmierzyła sobie wszystkie składniki ładnie poukładała je w szklaneczkach do tego wbiła dwa jajka do garnuszka, po czym okazało się, że jajka mają być rozdzielone, bo z białek trzeba ubić piane. Jednakże nasza bohaterka wcale się nie załamała tylko stwierdziła, że wyłowi żółta z białek. I tak po 10 minutach wyzywania i rzucania różnymi przedmiotami blondynie udała się owa sztuka (trzeba dodać, iż była z siebie bardzo dumna). Po przygotowaniu sobie wszystkich potrzebnych składników i wrzuceniu ich do garnka okazało się, że w domu blond piękności nie ma ani odrobinki gazu. Co w takim wypadku mogła zrobić nasza mała istotka? Jeśli pomyślałeś\aś, że poszła do sąsiadów pożyczyć trochę gazu to stanowczo się mylisz. Jeżeli pomyślałeś\aś, iż zapaliła zapałkę i taka metodą ogrzała garnek to już zupełnie postradałeś myśli, ponieważ nasza blondyna jest istotą rozumną i zdarza jej się jednak od czasu do czasu myśleć. Dlatego też nasza bohaterka zadzwoniła po Pana Tatę, który natychmiast pospieszył z pomocą i dostarczył butle z gazem. Gdy ciasto było już zrobione i umieszczone w blaszce nasza piękność postanowiła pojechać do miasta by zaopatrzyć się w torbę. W tym czasie biedne ciasto było pozostawione samo sobie. Wiadomo oczywiście, że to nie jest dobre rozwiązanie, bo jak za długo leży to nie wyrośnie. Dlatego też, blondi popędziła do swojego księcia, który wraz z nią popędził na ratunek biednemu murzynkowi. Po upieczeniu ciasto było zdatne do jedzenia i jak na razie nie ma ofiar śmiertelnych. Blond piękność do teraz podziwia swoja druga połowę za odwagę, ponieważ próbował jako pierwszy i na dodatek zbytnio nie protestował tylko zjadł bez żadnego grymasu na twarzy i za to buźka dla niego.

środa, 6 września 2006

Z cyklu "cała Polska czyta Blondynce"

Blondynka w poniedziałkowy ranek postanowiła czynnie włączyć się do akcji cała Polska czyta dzieciom. Oczywiście przechrzciła nazwę na „cała Polska czyta Blondynkom”. Jak postanowiła tak też zrobiła. Wstała znowu bladym świtem i szybkim krokiem pomaszerowała do swojego komputera. Było to konieczne, ponieważ książka, którą zamierzała przeczytać właśnie tam się znajdowała. Nasza główna bohatera miała ambitny plan przeczytania powieści Paulo Coelho „11 minut”. Gdy już zasiadła przed komputerem nawet nie spostrzegła, kiedy minął jej obiad. W czasie lektury nic nie było dla niej ważne. Książka zawładnęła nią całkowicie. W czasie tego dnia nasza blondi przeżyła jakieś wewnętrzne oczyszczenie, w końcu przekonała się, co jest najważniejsze w życiu oraz to, że pewnych ważnych spraw i słów nie zostawia się na potem. Okazuje się, iż w przyszłości już może nie być okazji by doznać szczęścia, jeśli raz zamknie się przed nim drzwi. Pomimo paru ostrzejszych scen książka niesie ze sobą wielkie przesłanie „Życie ma sens tylko wtedy, gdy mamy u swego boku kogoś, kto odwzajemnia nasze uczucia” lub „. Najważniejsze spotkania odbywają się w duszy, na długo przed tym, nim spotkają się ciała” dzięki tej książce blondynka odkryła się na nowo. Już wie, czego chce w życiu i że zawsze jest pora by mówić drugiej osobie, co się czuje i myśli. Jak widać nasza mała istota po lekturze wyżej wymienionej książki odkryła w sobie druga refleksyjną naturę. Dokładnie o północy główna bohaterka przebrnęła do końca powieści, którą na pewno będzie pamiętać jeszcze długo. Nadal rozmyślając nad przeczytanym tekstem blondi chce powiedzieć swojemu księciu z bajki, że bardzo go kocha i już nie wyobraża sobie by zniknął pewnego dnia:*.

niedziela, 3 września 2006

Druga tajemnicza natura blondynki:)

Dla wszystkich nieznających jeszcze dokładnie blondynki trzeba wspomnieć, iż posiada ona także drugą naturę. Co prawda ta druga natura zajmuje mniejszą cześć duszy blondynki i znajduje się na etapie zanikania, ale jednak istnieje. Chodzi oczywiście o imprezową stronę blondynki. Naszą opowieść trzeba zacząć od momentu, kiedy to blondyna dostała zaproszenie na 18-nastkę SoNiI. Miało to miejsce pięknego sierpniowego popołudnia podczas wakacji u Reni. Do owej imprezy blondyna miała dużo czasu jednak wynikające po drodze nieporozumienia i konflikty pomalutku zniechęcały ją do czynnego udziały w owym towarzyskim wydarzeniu. Jednakże nasza blond piękność przy namowach paru osób a szczególnie jednej i tu duży buziak dla niej, zdecydowała się sprawić solenizantce prezent i przybyć oczywiście na czas jak to w przypadku blondi bywa (czyli z ponad godzinnym opóźnieniem a wynikło to z nie ustalenia planu podróży z Panem Tatą). Nasza blondyna ledwo nie przekroczywszy progu sali została wciągnięta w wir tańczących gości, którzy akurat formułowali pociąg. Nikt nawet nie chciał słyszeć z ust blondyny słowa protestu dlatego też poddała się ona tym zabiegą dobrowolnie. Po odtańczeniu ustalonej normy blondyna wraz z Renią i Agą mogły dopchać się do solenizantki i złożyć jej życzonka i podarować jej prezencik(w tym miejscu redakcja jeszcze raz składa najserdeczniejsze życzonka i ma nadzieje, iż ów ciężko zdobyty prezent dodatkowo okupiony ciężkim płaczem i lamentami, nie tylko ze strony blond piękności zdołał spełnić oczekiwania i się chociaż troszkę podoba:)). Dalej spotkanie towarzysko-kulturalne potoczyło się spokojnie bez żadnych ekscesów. Były tańce, jedzono i picie(nasza blondi wypiła aż dwa toasty za solenizantkę trzeba dodać, że było to też podyktowane tym, iż był to toast na jedną nóżkę i dla równowagi także na drugą). Oczywiście o północy miało miejsce magiczne wydarzenie czyli toast, dmuchanie świeczek wraz z pomyśleniem życzenia i jak to nasza blondyna zaobserwowała cieszące się największym aplauzem symboliczne 18-naście klapsów na tyłeczek SoNiI. I w tak przyjemnej i miłej atmosferze nasza blondynka wytrzymała do wpół do pierwsze i potem wróciła grzecznie do domku pod eskorta swojej drugiej połowy. Na zakończenie tak miłego dnia był jeszcze spacerek, który dokumentnie wymęczył nasza blondi dlatego też po pożegnaniu swojego lubego nie miała problemów z pójściem spać(co jej się ostatnio często zdarza:)).

sobota, 2 września 2006

Dzień według Blondynki - part2

Blondynka jak każdy inny normalny człowiek w godzinach popołudniowych wybiera się w stronę kuchni kuszona błogimi zapachami wysyłanymi przez Super Mamę. Obiad w domu blondyny to jedyny posiłek w trakcie, którego cała rodzinka może integrować się ze sobą i wymieniać opinie na rożne tematy. Nasza blond piękność przeważnie gardzi potrawami przygotowanymi przez Super Mamę, bo jak to bywa u blondynek ma swój wyrafinowany niepowtarzalny gust a co za tym idzie niepowtarzalny zestaw potraw. Jednak zamykając oczy i ociągając się troszkę w końcu udaje jej się przebrnąć przez koszmar obiadowego szaleństwa. Niestety jak to bywa w życiu blondynki jeden koszmar goni drugi, dlatego też po obiadku następuje kolejna chwila grozy. Dla mniej wtajemniczonych chodzi o tak przyziemną czynność, jaką jest mycie naczyń. Zawsze musi się ktoś znaleźć, kto będzie to robił. W domu blondynki ta super, pracochłonna czynność została przydzielona blond piękności. Nasza dama doszła do takiej wprawy, iż robi to szybciutko, ponieważ myślami leży już na swojej wygodnej kanapce tuląc się do Kubysia Puchatka (Kuba to maskotka, podarowana blondynie przez jej drugą połowę na imieninki). Po wykonaniu tej trudnej pracy nasza istota udaje się na swój wymarzony odpoczynek. Niestety jak to w życiu tej małej blondynki bywa jej spokój musi zostać zakłócony. Sprawczynią całego zamieszania przeważnie bywa bruneta(czyli młodsza siostra blondynki). Otóż rzeczona brunetka w chwili błogiego lenistwa blondynki przeważnie miewa bardzo nurtujące problemy wymagające natychmiastowej porady. W takich o to chwilach nasza blond w końcu czuje się doceniona, że może służyć pomocą. Niestety po rozwiązaniu problemu dalszy wypoczynek blondyny nie ma większego sensu gdyż jest ona już całkowicie rozbudzona. Na szczęście humorek poprawia jej telefon od jej ukochanego. On zawsze wie jak blond piękności poprawić nastrój. Tak wiec nasza blondi już z całkiem pokojowym nastawieniem przeżywa swoje popołudnia. Czasem jednak odwiedzi ją jej luby i wówczas ta mała istotka ma już zupełnie fajniusi i milusi nastrój.

piątek, 1 września 2006

Poranki według blondynki:)

Blondynka jak każda inna zapracowana istota wstaje bladym świtem (w jej mniemaniu bywa to około godziny 11). Najpierw otwiera swe nie do końca wyspane oczęta bliżej nieokreślonego koloru. Gdy spogląda w stronę okna by ujrzeć brzydotę kolejnego dnia nie omieszka trochę ponarzekać pod nosem bardziej chyba dla poprawienia sobie nastroju. Następnie widząc, że nic nie da się zrobić wynurza swoją nóżkę z Kubusiem tzn. stopę ubraną w skarpetkę Kubusia Puchatka. Po króciutkiej chwili zastanowienia wraca do łóżka i zwija się w kokon by nie stracić nagromadzonego nocą ciepła, ponieważ na zewnątrz lóżka panuje syberyjskie zimno. Jednakże blondynka w końcu przekonuje sama siebie, że dłuższe gnicie w wyrku nie ociepli niestety atmosfery. Po ciężkiej walce z samą sobą blond udaje się do kuchni na posiłek. Tam okazuje się, że żaden z domowników nie okazał jej ani odrobiny litości i posiłek musi przygotować sobie własnoręcznie (o zgrozo jak oni tak mogą nie dbać o swój najcenniejszy skarb, docenia tą małą istotę na pewno wtedy, gdy ona już wyfrunie im z domu:)). Po doładowaniu baterii jakże bardzo zdrową Nuttelą nasza mała blond piękność postanawia odpalić swój komputer. W międzyczasie dzwoni do niej jej luby, który chce wyrwać ją ze snu, bo dochodzi już 12. Jakże jej kochanie jest zaskoczone, gdy się okazuje, że ona już wstała. Jednak po chwili rozmowy i wymienieniu powitania okazuje się, że blondyna się jeszcze nie ubrała. Jej druga połowa dla przyspieszenia tego procesu używa szantażu, który polega na daniu blondynce 5 minut na ubranie się, stawiając warunek, że jeżeli tego nie dokona to nie będzie z nią przez tydzień rozmawiał. Więc co robi nasza mała istotka ubiera się w tempie błyskawicy i po 3 minutach jest już doprowadzona do stanu używalności nawet jest tak zdolna, iż składa łóżko. I tak o to wyglądają poranki według blondynki. Następna cześć jakże jej fascynujących dni w kolejnej notce:).

czwartek, 31 sierpnia 2006

Wielkie wejście w zawiłą pajęczynę stron czyli powitanie;)

Pomimo tego, że za oknem pada jest straszny ziąb i ogólny brak słoneczka. Pewna blondynka siedząc przed swoim cudownym sprzętem zwanym potocznie komputerem postanowiła zacząć pisać o przygodach swego życia. Jest to dość odważna decyzja z jej strony, gdyż jak ogólnie wiadomo w sieci czai się wszech obecne zło. I ta o to mała istota wchodząc tutaj codziennie by pisać nową notkę będzie narażona na niemiłe komentarze ze strony złośliwych podglądaczy, może także przed przypadek wpisać zły adres i wejść na stronę, na którą nigdy w życiu w normalnych warunkach by nie weszła itp. Mam cichą nadzieje, że docenicie jej odwagę i swoją postawą będziecie umacniać ją w jej przekonaniu, iż podjęła słuszną decyzję, aby dzielić się z wami swoimi małymi radościami, smutkami i refleksjami na temat jej codziennego czasem szarego a czasem kolorowego życia. Jak wszystko i ta notka jest początkiem czegoś nowego, czegoś na pewno wyjątkowego. Bo to wielkie męstwo dzielić się z ludzikami swoim życiem;). W takim razie otwarcie bloga uważam za dokonane. Teraz tylko trzeba czekać czy mała blondynka dobrze się poczuje w takim tłumie innych blogersów i czy postanowi zawitać w wasze wielkie(i ma nadzieje gościnne) progi na stałe, czy to będzie tylko przelotna znajomość z blokowym życiem z jej strony. W takim radzie wszystkich cieplutko i milusio witam.