Wszystko co dobre szybko się niestety kończy i już od tygodnia wróciłam do rzeczywistości. Znowu trzeba przestawić się w tryb studiowania. Ale za to ferie były wspaniałe. Cztery dni błogiego lenistwa popijanego winkiem i podjadanego wszystkim co nie dobre i zakazane. Tego było mi potrzeba, po tym intensywnym miesiącu nauki i wytężania umysłu do granic możliwości. Jednak za to efekty wyszły oszałamiające i jestem dumną posiadaczką samych 5 w indeksie. Oczywiście karta egzaminacyjna na pamiątkę skserowana.
W nowym semstrze czuję się, jakbym studiowała zaocznie, bo trzy dni zajęć z czego dwa kończe o 11.15 i wychodzi na to, że więcej czasu zajmuje mi dojazd do szkoły niż sam pobyt na wykładach.
Potem głupio o 11 iść na stary rynek na piwko po zajęciach.
Za to może jakieś łyżwy na Malcie.
Co do walentynek to oczywiście była "romantyczna" kolacja w Mc'Donaldzie i wyznania zakupoholiczki. Musze skończyć opychanie się fast foodami, bo w końcu przestane mieścić się w jakiekolwiek spodnie:). Jednka jest to trudne do wykonania, gdyż tradycją stał się wyskok po zajęciach do KFC w starym browarze na b'smarta i to dzień w dzień. Więc bioderka dostają w tyłek. No ale tradycja to tradycja.
Na uczelni chwilowy spokój i mam nadzieję, że pozostanie tak aż do maja.
Ze stworem cud, miód i orzeszki, więc po prostu żyć nie umierać.
A tak już na marginesie to marzy mi się wypad do tropikalnej wyspy pod Berlinem i to tak natychmiast, bo potrzebuje ciepła i dużo słońca;)