piątek, 11 listopada 2011

...

Mówią, że kiedy rodzi się człowiek,
z nieba spada dusza i rozpada się na dwie części.
Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny.
Natomiast całe życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy.
Połowy swojej własnej duszy. Połowy samego siebie... i tej jedynej...

niedziela, 6 listopada 2011

Ale jestem....

Chyba nie zaskoczę nawet samej siebie jeśli powiem, że nie lubię weekendu. Nie lubię zwłaszcza teraz kiedy szybko robi się ciemno. Mam wówczas jakiś melancholijny nastrój. O wiele lepiej jest w tygodniu mija dzień po dniu jak się chodzi do pracy i tak jakoś to wszystko się kręci. Czas pędzi jak oszalały, rok temu o tej porze przerażała mnie perspektywa pisania pracy magisterskiej, potem obrony a za chwilę miną cztery miesiące od czasu kiedy to mogę bardziej lub mniej dumnie cieszyć trzema literkami mgr przed nazwiskiem. Kiedy ten czas tam mi uciekł??? Gdzie przegapiłam te pięć lat studiów??? Dzisiaj już wiem, że jakbym mogła cofnąć czas podjęłabym zupełnie inne decyzję w niektórych kwestiach, na pewno nie tkwiłabym w toksycznej relacji bez przyszłości. Ale gdybać to ja dzisiaj tylko mogę. I wyrzucanie sobie jaka to ja głupia i naiwna byłam i tak już nic nie pomoże, naprawi. Ostatnio miałam wrażenie, że coś się u mnie zmieni, pojawi się Ktoś jednak chyba za szybko zaczęłam układać scenariusze. Cóż proza życia. Ciągle czekam na ustabilizowanie mojego życia, na moment kiedy chociaż jedna płaszczyzna mojego życia będzie jako tako pewna. Jak chwilowo nie ma nic stałego umowa do końca roku, co będzie potem nie wiadomo. Dobrze, że mam to szczęście iż mam rodzinę, w której mam wsparcie i mogę na nią liczyć, ale także dzięki temu mam dach nad głową. Nadal naiwnie wierzę, że i mi kiedyś wszystko się ułoży będzie tak jak ma być i w życiu zawodowym jak i osobistym. Tylko nie wiem na ile ten nadziei mi jeszcze starczy. Na co dzień się uśmiecham i chyba tylko to nie pozwoliło mi jeszcze zwariować.

sobota, 24 września 2011

Bad day

Jest mi źle i to wyjątkowo paskudnie. Już jakiś czas temu straciłam nadzieję na szczęście. Coraz bardziej uśmiecham się przez łzy. Wszystko się sypie, nic nie chce się składać. A Ja z dnia na dzień coraz bardziej wątpię we wszystko co mnie otacza. Nie wiem czy ktoś się po prostu nie bawi zbyt okrutnie moim życiem. Doskonale wiem, że są prawdziwe większe tragedie, ale moje problemy są dla mnie równie wielkie, są moją osobista porażką. Za bardzo ufam i wierzę w ludzi i kolejne osobniki mnie wykorzystują. Zwodzą a potem jak rzecz rzucają w kąt. Czy nie zasługuję na odrobinę szczęścia, na mały promyczek nadziei, że wszystko będzie dobrze ale tak naprawdę dobrze. Chwilowo nie mam nic, mam wrażenie odniesienia porażki życiowej, tego że nic nie osiągnęłam. Taka perspektywa mnie przerażą. Zaczyna brakować mi sił na wykrzesanie co dzień uśmiechu, jest ciężko i trudno. I cholera szczerze zazdroszczę Tym, którzy cieszą się swoim życiem i im się podoba. Niebywale szczęściarze Ci, którzy mają wsparcie drugiej osoby, pomimo występowania burz. Też się chętnie z pokłócę z moją połową, tylko najpierw musiałbym ją mięć. Ale widocznie na to też nie zasłużyłam. Jest ciężko idąc tak samotnie...