Jest mi źle i to wyjątkowo paskudnie. Już jakiś czas temu straciłam nadzieję na szczęście. Coraz bardziej uśmiecham się przez łzy. Wszystko się sypie, nic nie chce się składać. A Ja z dnia na dzień coraz bardziej wątpię we wszystko co mnie otacza. Nie wiem czy ktoś się po prostu nie bawi zbyt okrutnie moim życiem. Doskonale wiem, że są prawdziwe większe tragedie, ale moje problemy są dla mnie równie wielkie, są moją osobista porażką. Za bardzo ufam i wierzę w ludzi i kolejne osobniki mnie wykorzystują. Zwodzą a potem jak rzecz rzucają w kąt. Czy nie zasługuję na odrobinę szczęścia, na mały promyczek nadziei, że wszystko będzie dobrze ale tak naprawdę dobrze. Chwilowo nie mam nic, mam wrażenie odniesienia porażki życiowej, tego że nic nie osiągnęłam. Taka perspektywa mnie przerażą. Zaczyna brakować mi sił na wykrzesanie co dzień uśmiechu, jest ciężko i trudno. I cholera szczerze zazdroszczę Tym, którzy cieszą się swoim życiem i im się podoba. Niebywale szczęściarze Ci, którzy mają wsparcie drugiej osoby, pomimo występowania burz. Też się chętnie z pokłócę z moją połową, tylko najpierw musiałbym ją mięć. Ale widocznie na to też nie zasłużyłam. Jest ciężko idąc tak samotnie...