Chyba nie zaskoczę nawet samej siebie jeśli powiem, że nie lubię weekendu. Nie lubię zwłaszcza teraz kiedy szybko robi się ciemno. Mam wówczas jakiś melancholijny nastrój. O wiele lepiej jest w tygodniu mija dzień po dniu jak się chodzi do pracy i tak jakoś to wszystko się kręci. Czas pędzi jak oszalały, rok temu o tej porze przerażała mnie perspektywa pisania pracy magisterskiej, potem obrony a za chwilę miną cztery miesiące od czasu kiedy to mogę bardziej lub mniej dumnie cieszyć trzema literkami mgr przed nazwiskiem. Kiedy ten czas tam mi uciekł??? Gdzie przegapiłam te pięć lat studiów??? Dzisiaj już wiem, że jakbym mogła cofnąć czas podjęłabym zupełnie inne decyzję w niektórych kwestiach, na pewno nie tkwiłabym w toksycznej relacji bez przyszłości. Ale gdybać to ja dzisiaj tylko mogę. I wyrzucanie sobie jaka to ja głupia i naiwna byłam i tak już nic nie pomoże, naprawi. Ostatnio miałam wrażenie, że coś się u mnie zmieni, pojawi się Ktoś jednak chyba za szybko zaczęłam układać scenariusze. Cóż proza życia. Ciągle czekam na ustabilizowanie mojego życia, na moment kiedy chociaż jedna płaszczyzna mojego życia będzie jako tako pewna. Jak chwilowo nie ma nic stałego umowa do końca roku, co będzie potem nie wiadomo. Dobrze, że mam to szczęście iż mam rodzinę, w której mam wsparcie i mogę na nią liczyć, ale także dzięki temu mam dach nad głową. Nadal naiwnie wierzę, że i mi kiedyś wszystko się ułoży będzie tak jak ma być i w życiu zawodowym jak i osobistym. Tylko nie wiem na ile ten nadziei mi jeszcze starczy. Na co dzień się uśmiecham i chyba tylko to nie pozwoliło mi jeszcze zwariować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz