środa, 8 listopada 2006

Gdyby doba miała więcej godzin to na pewno bym się nie nudziła:).

Pomysł na dzisiejszą notkę narodził się w autobusie relacji Poznań - Chludowo z przystankiem docelowym w Zielątkowie gdzie też wysiadłam. Siedząc sobie w wyżej wymienionym pojeździe pełnym obcych sobie ludzi, zimnym, ale jednocześnie nowym i wygodnym oraz oglądając budzący się i księżyc oraz światełka dobiegające z okien domów doszłam do pewnych wniosków. Oczywiście to, co chce powiedzieć dostrzegłam już wcześniej jednak nigdy się nad tym nie zastanawiałam dłużej, bo jakoś szczególnie to mnie nie dotyczyło. Będąc, na co dzień w Poznaniu zostałam wrzucona w pęd życia miejskiego. Z początku, uważałam, że gdzie ja, mnie to omija, bo żyje inaczej. Jednak z każdym dniem widzę coraz dokładnie, iż coraz bardziej się wszędzie spieszę, żyje w nieustannym biegu nawet zmieniając sale między wykładami. Po prostu wszędzie biegnę to: na zajęcia, na autobus, na zakupy, do barku po kanapkę, do automatu po gorąca czekoladę a potem parze sobie buzię, bo nie mam czasu czekać aż wystygnie, spieszę się na przejściu dla pieszych, bo zielone światło już miga albo w połowie przejścia zrobiło się czerwone. Drugą skrajna rzeczą ludzi „miastowych” jest nieustanne czekanie na cos, z czego wynika późniejszy pośpiech by nie być spóźniony. I tak oto tylko w dniu dzisiejszym czekałam: na zajęcia, na przerwę (bo tyłek już bolał od siedzenia), na dojście na przerwie do barku, na wydanie kurtki w szatni (było oblężenie), na pizze w Pizza Hut i potem, oczywiście oczekiwanie na wydanie reszty. Tych przykładów jest więcej, ale chodzi mi o uchwycenie samej idei. Po co ludzie tak się spieszą? Przecież i tak czasu nie zyskują i ciągle marudzą, że brak im czasu i do tego jeszcze są wiecznie zmęczeni. Ja jestem nauczona trochę innego modelu życia, dlatego trudno mi się przestawić na ten pośpiech. Zaczyna mi brakować czasu ledwo stanę pojadę do szkoły to już wracam i kładę się powrotem spać i tak codziennie. A musze powiedzieć ze mój plan zajęć i tak jest strasznie przystępny i w sumie chodzę na wykłady tylko 3 dni w tygodniu. Jednakże atmosfera wielkiego miasta przenosi się pomału i na mój codzienny grunt życia nawet wówczas, gdy nie bywam w Poznaniu. Łapie się np. na wiecznym sprawdzaniu godziny i nerwów czy zdążę coś tam zrobić. A ja protestuje, bo chcę mieć więcej czasu na przyjemności i nie tylko, chce bez wyrzutów sumienia leżeć cały dzień w łóżku by potem nie myśleć, że czeka na mnie do przeczytania 200 stron książki na myśl polityczna. A tak w ogóle to ja chce już wiosnę by dni były dłuższe i żebym nie musiała w ciemnościach wychodzić z domu i w takich samych ciemnościach do niego wracać. A tak już całkiem serio chciałabym mieć urządzenie do zatrzymywania czasu i powtarzania tych rzeczy, które są dla mnie najmilsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz