piątek, 10 listopada 2006

Blondynka też miewa trudne dni:(

I stało się faktem to, iż od rana nie czułam się najlepiej. Myślałam, że szybko wszystko przejdzie, ale za bardzo nie chciało. Dobrze, że dziś miałam tylko jedne ćwiczenia w sumie wykończyło mnie bardziej ponad godzinne oczekiwanie na autobus do domciu. Jak wiadomo wiatr był może niemocny ale bardzo zimny. I do ogólnego osłabienia mojego organizmu doszło totalne wychłodzenie organizmu. Oczywiście na efekty nie musiałam długo czekać wiec teraz oprócz sporego ubytku płynów z mojego organizmu doszedł jeszcze katar i ból głowy. Po prostu żyć nie umierać. Nie mam siły na nic, naczynia po obiedzie umyłam resztkami sił, w ogóle nie mam zielonego pojęcia jak wdrapałam się na drugie piętro do domciu (to był wyczyn niesamowity w moim wykonaniu). Całe popołudnie przeleżałam lub przespałam, chociaż było to trudne z powodu ciągłego bólu, pomimo łyknięcia tabletek. Obecnie pisze notkę i pomału wyruszam w stronę lóżka. Spróbuję się położyć, zasnąć i się trochę podkurować na jutro, bo w końcu mamy weekend i nie mam zamiaru przeleżeć go w łóżeczku. Jej nawet moja wena gdzieś uleciała. Koniec nie chce już narzekać ile można, bo w końcu stanę się starą marudą, a ja tego nie chce. Poza tym przed nami jeszcze długie jesienne a potem zimowe wieczory wiec ponarzekać jeszcze zdążę. Narazie to marzy mi się ciepełko, słoneczko i pieszczoszenia się z moim kochaniem jednak na to wszystko musze poczekać. Dlatego też po przytulam się do Kubusia Puchatka (chociaż to marny zastępca ale przynajmniej jest mięciutki i milusi). W takim razie uciekam pod kołderkę wygrzewać mój brzuchol.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz