sobota, 16 lutego 2008

No to zachciało mi się spaceru…

Ja po prostu jestem jakaś nienormalna. No, kto widział, żeby człowiek o zdrowych zmysłach przeszedł całe miasto za sosem do pizzy, którego i tak nie kupił, bo go nie było. No oczywiście mogłam to być tylko Ja. A to wszystko, dlatego, że zachciało mi się spaceru. Jednak wyobrażenia moje i mojej drugiej połowy na temat spaceru są z lekka inne. Mi głupiej zamarzył się spacer po lesie, który oczywiście był pod bokiem, ale nie mój chłopak zaproponował, iż na spacer można przecież pojechać samochodem. No pomyślałam, że niedługo to w ogóle do domu będzie tym samochodem wjeżdżam. Co za leniwa bestia. Gdy w końcu ustaliliśmy, że idziemy o własnych siłach a nie przy pomocy koni mechanicznych patrzę a ta bestia ciągnie mnie w stronę miasta. Myślę sobie no halo chyba obraliśmy nie ten kierunek, bo gdzie moja romantyczna wyprawa po lesie przy pięknie świecącym słonku no, ale się nie odzywam, bo jestem ciekawa, co wymyśli. Po 15 minutach wędrówki tracę czucie w stopach dodam, że ziąb był niesamowity a Ja oczywiście lecę w letnich adidasach, bo w końcu słońce świeciło. Po następnych 15 minutach tracę czucie w palcach u rąk a przecież byłąm zaopatrzona ciepłe rękawiczki na łapki. Nie wspomnę, iż uszy to mi opadły już po pierwszych 5 minutach „cudnego spaceru”. W końcu nie wytrzymałam i pytam się mojej brzydszej połówki gdzie maszerujemy a on na to, że do sklepu „miejsce na nazwę” po sos. No myślę sobie „zgłupiał, odbiło mu do reszty”. Ale kochanie ten sklep jest po drugiej stronie miasta jednak na mój krzyk rozpaczy usłyszałam, „ że jak chciałaś spaceru to go będziesz miała”. Po ponad godzinie udało nam się doczłapać oczywiście sosu nie było a my musieliśmy przecież jeszcze wrócić. Po powrocie przez godzinę dochodziłam do siebie, ale mam nauczkę, że na spacer z chłopakiem już nie idę, bo inaczej zejdę śmiertelnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz